Game #5: Nie tacy straszni, jak ich malują…

New Orleans Pelicans wyszli dzisiejszej nocy z jedną misją – zamknąć usta hejterom. Po meczu przeciwko Golden State Warriors w mediach rozbrzmiała burza i fala krytyki na drużynę z Nowego Orleanu – wymienić Jrue Holidaya, zwolnić Alvina Gentry’ego, byli zawodnicy Lakers bez postępu, po co grać tak szybko, gdzie ta obrona, brak personelu. Po wygranej z Denver Nuggets – drużyny, która w tym sezonie chce walczyć o mistrzostwo – te głosy nieco ucichły.

Pelicans wygrali 107 – 122 i był to popis dominacji – zarówno w ataku, ale przede wszystkim w obronie. Jrue Holiday wrócił po dwumeczowej absencji do gry i nadał drużynie defensywny ton – zatrzymał graczy, których dzisiaj bronił na poniżej 10% z gry. Jamal Murray, Gary Harris nie mieli dzisiaj łatwo. Nawet kilkakrotnie Paul Millsap przekonał się o tym, jak dobrym obrońcą jest Jrue.

W zasadzie cała czwarta kwarta to już absolutny garbage time, gdzie wściekły postawą swojej drużyny Mike Malone wprowadził na parkiet trzeci garnitur – który swoją drogą nie jest słaby, Nuggets to chyba najgłębsza drużyna w lidze w tym momencie.

Pelicans wreszcie grali dzisiaj to, co chcą. Dobra obrona, która pozwalała na szybki atak. Z pierwszych 27 punktów aż 20 było w kontratakach. Dobre decyzje podejmował też Alvin Gentry, który aby przeciwstawić się sile Nuggets wyszedł wyższą piątką z Mellim i Okaforem, co zdało egzamin. Pelicans pierwszy raz w tym sezonie wygrali starcie na deskach i nie pozwalali rywalom na drugą szansę po ofensywnej zbiórce, co było kluczowe w ostatnich meczach.

Gwiazdą wieczoru był dzisiaj Jahlil Okafor, który przeżuł i wypluł Nikolę Jokicia. W pewnym momencie Malone był tak podirytowany dominacją Okafora na Jokiciu, że po prostu zdjął go z boiska. Big Jah wykorzystuje swoją szansę pod nieobecność Derricka Favorsa i mamy coraz mniej argumentów, aby nie grać nim większych minut w niektórych meczach. 26 punktów, 5 zbiórek na fantastycznej skuteczności (8-13 z gry i 10-13 z FT).

Swoją ofensywną dominację kontynuuje od początku sezonu Brandon Ingram – tym razem 25 punktów, 5 asyst i 1 potężny okrzyk – PŁAĆ W LATO. BI jest fantastyczny i jest na ten moment wart naprawdę dużych pieniędzy – jego agresywność w ofensywie, brak stagnacji, brak przetrzymywania piłki to wszystko o co się martwiliśmy przed jego przyjściem, a co obrócił w absolutną przewagę. Jest szybki, zdecydowany, bez jakiegokolwiek respektu w stronę przeciwnika – i trafia z dystansu na świetnym procencie.

Skrzywdziłbym Franka Jacksona, gdybym nie napisał o nim tego samego. Jest szybki, zdecydowany, bez jakiegokolwiek respektu w stronę przeciwnika. Serio. To inny gracz, pewny siebie i bardzo dobry. Wszedł z ławki i dał Pelicans niesamowitego kopa trafiając wszystkie 5 rzutów. Ostatecznie skończył z 21 punktami w 19 minut, trafiając 8-10 z gry i 4-6 za trzy. Frankie stał się pełnoprawnym 6th Manem.

Jrue po powrocie miał solidne 19 punktów, 5 zbiórek i 7 asyst. Widać było, że powoli nabiera flow ofensywnego i powinno być już tylko lepiej. Dobry mecz zaliczył też Lonzo Ball, do którego nie można się przeczepić – gdy miał podawać – podawał, gdy miał rzucać – rzucał. Bez głupich decyzji, jak prawdziwy weteran i generał na boisku. 9 punktów i 8 asyst z jego strony.

Pozytywny występ zaliczył też Jaxson Hayes, który po dobrym meczu z Warriors dostał kolejne minuty na przetarcie się w lidze. W 9 minut miał 5 punktów, 2 zbiórki i 4 faule. Nikola Jokić pokazał mu drzwi do siłowni, ale ten chłopak to chodzący potencjał, który wystrzeli w następnych latach.

Kolejny strzelecki niewypał miał NAW (0-5 z gry) – 0 punktów, 3 asysty i 5 zbiórek, ale o tego gościa ja jestem niesamowicie spokojny.

 

Następny mecz Pelicans rozegrają w sobotę z Oklahoma City Thunder o przyjemnej godzinie dla polskiego widza – 22:00.