Kamieński: Życie po Boogie Cousinsie

Kilka miesięcy temu, w swoim felietonie „Złamane serca” ubolewałem po okropnej kontuzji DeMarcusa Cousinsa. Rozpędzeni Pelicans wygrali z najlepszą drużyną ligi, a w ostatnich sekundach meczu, po nietrafionym rzucie wolnym, Boogie Cousins w walce o piłkę źle stanął na stopę i wystrzelił mu Achilles. Kontuzja, która według wielu sportowców, jest najgorszą, jaka może przydarzyć się zawodnikowi grającemu na wysokim poziomie. Powrót do pełnej dyspozycji po takim urazie jest bardzo rzadki.

Pelicans popadli w kryzys. Przegrali kilka spotkań z rzędu, ale wówczas przebudził się Jrue Holiday oraz grający na poziomie MVP – Anthony Davis. Pellies wrócili do playoffs, gdzie stali się rewelacją pierwszej rundy rozbijając Portland Trail Blazers w 4 meczach. Potem zastali mur w postaci Golden State Warriors.

Dell Demps w tej szalonej drodze do playoffów zrobił ryzykowny ruch ściągając Nikolę Miroticia, który okazał się strzałem w „10” i jednym z powodów, dla których Pelicans stali się świetną do oglądania drużyną. Przed 1. lipca należało jednak podjąć pewną decyzję – czy walczyć o kontuzjowanego DeMarcusa Cousinsa, czy jednak spojrzeć na sprawę nieco rozsądniej. Wybrano opcję drugą.

Cousins domagał się od Pelicans maksymalnej umowy. Ciężko mu się dziwić, to najlepszy center w lidze, po świetnym sezonie. Chciał swoje pieniądze, które dostałby z pewnością gdyby nie jego Achilles. To jego olbrzymi pech, który pewnie spowodował niejedną nieprzespaną noc. Boogie stał się ofiarą, a Pelicans musieli z tego jakoś wyjść z twarzą. Oferowali centrowi 2-letnią umowę, która nie była maksymalna, ale dawała zawodnikowi dużą kasę i szansę, aby za rok wejść na rynek wolnych agentów i wywalczyć sobie lepszy kontrakt – jeśli wróciłby do formy.

Boogie uniósł się dumą. Stwierdził, że jeśli nie będzie podpisywać maksymalnego kontraktu, to woli mieć już pewność, że trafi do drużyny, która będzie gwarantować mu grę o mistrzowski pierścień. Anthony Davis i spółka nie mogli mu tego zagwarantować. Decyzja o przejściu do Golden State Warriors jest bolesna. NBA po takim transferze prawdopodobnie nie ma już nawet sensu w tym sezonie – Steph, Klay, Durant, Dray, Iggy… I teraz jeszcze Boogie. Brzmi jak All-Star Weekend.

Cousins zdecydował się podpisać 1-roczną umowę na ponad 5 milionów dolarów. To dramatyczny zjazd z ceny i po prostu chęć wygrania czegoś w swojej karierze, nie tylko pieniędzy. Boogie stwierdził, że jeśli i tak ma powoli wracać do zdrowia w trakcie sezonu, to woli to zrobić bez pośpiechu, na spokojnie i z pewnością, że nawet bez niego – jego drużyna sobie spokojnie doradzi, a on w najważniejszym momencie wejdzie i dokończy dzieła swoich kolegów. To trzeba zrozumieć.

Trzeba jednak również zrozumieć nas, kibiców. Fanów Pelicans, którzy wreszcie dostali iskierkę nadziei, że Davis dostał odpowiednie towarzystwo, z którym może osiągać sukcesy. Dell Demps półtora roku temu zaryzykował wymieniając swoje picki, młodego gracza i został po ponad 60 meczach Cousinsa z pustymi rękoma. Paul George został. DeMarcus Cousins nie. Proste.

Należy się jednak zastanowić, czy New Orleans Pelicans tak naprawdę bardzo na tym tracą. Trzeba sobie wyobrazić, że żyjemy w innej rzeczywistości, gdzie Pelikany walczyły o Cousinsa i dały mu gigantyczny kontrakt, który gracz podpisał. Nie ma miejsca na innych zawodników, więc drżymy o każdy wynik aż do stycznia/lutego, kiedy Boogie wróci na parkiet. Do tej pory Anthony Davis musiałby ciągnąć ten wózek sam. I nawet po powrocie zapewne Cousins będzie na dużych minutowych restrykcjach i daleki od formy sprzed kontuzji. Po zerwaniu Achillesa nie wraca się w ten sposób.

Pelicans nie chcieli zaryzykować. Wiedzieli, że wpędzenie się w taki kontrakt zwiastuje kłopoty. Wiedzieli, że szansa na powrót do wysokiej formy jest mały, a ryzyko zbyt duże. Postanowili zaoferować mu mniejszą umowę, która nie została zaakceptowana. Należy się cieszyć, że jeśli Dell Demps miał jakiś plan, to trzymał się go do samego końca. Nie ugiął się, nie bał się już odpuścić.

Czy pamiętamy jeszcze, jak Demps nie miał zamiaru przyznać się do błędnego transferu Omera Asika i zaproponował mu duże pieniądze, po prostu żeby go nie stracić? Kto wie, czy nie byłoby podobnie.

Demps kontynuował swój plan, plan B. Był nim Julius Randle, który ma za sobą fantastyczny sezon w Los Angeles Lakers i „małpkę” na ramieniu, że nie dostał większej kasy i Lakers nie chcieli go zatrzymać i zrobić jednego z ważniejszych zawodników. Randle to młodsza i bardziej dynamiczna wersja Cousinsa. To zaledwie 23-latek z potencjałem na zrobienie jeszcze jednego dużego kroku w swojej karierze. Tercet, a nawet kwartet Jrue/Davis/Randle/Mirotić wygląda naprawdę imponująco i pozwala drużynie kontynuować grę w swoim stylu, który doprowadził ich do sukcesu w playoffs.

Jrue Holiday dusił się będąc na parkiecie z Cousinsem, jego wybuch formy nastał dopiero po jego kontuzji. Davis wiedząc, że musi stać się liderem stał się wreszcie graczem, na jakiego czekaliśmy. Do tego musimy dorzucić bardzo fajnych graczy w postaci Juliusa i Nikoli.

Boleć może również strata Rajona Rondo, który zaszczepił w szatni Pelicans gen zwyciężania. Stał się liderem i mózgiem drużyny. To jednak też 33-letni rozgrywający, który ma najlepsze lata za sobą i kto wie, czy ten w Pellies nie był jego ostatnim na takim poziomie. W zamian Dell Demps ściągnął lepszego warunkami, Elfrida Paytona, który daje więcej możliwości w obronie, a w ofensywie też może pochwalić się niezłą wizją gry, a w wieku 24 lat ma coś do udowodnienia.

Nie jest chyba tak źle? Sam nie byłem zwolennikiem tej teorii, ale wielu ekspertów i fanów twierdziło, że Pelicans zaczęli swój sezon właśnie dopiero od kontuzji Cousinsa. To wtedy narodziła się ta ekipa, która zaczęła wygrywać. Dorzućmy więc do tego drużyny jeszcze Juliusa, Paytona i… kogoś więcej? W końcu bez pieniędzy na Boogiego, Dell Demps ma teraz kolejny raz wykazać się na rynku wolnych agentów i ściągnąć kogoś wartościowego.

 

Strata DeMarcusa Cousinsa może boleć. Wszyscy chcieliśmy go z powrotem, udało nam się z nim związać, bo udowodnił, że może być dobrym graczem i po prostu fajnym gościem. Nie można jednak się załamywać, bo jest życie po nim. I to życie maluje się w pozytywnych kolorach. Walczymy.

Boogie zrobił dobry ruch dla siebie. Pelicans zrobili to co zrobić powinni. NBA. Biznes.