Porażka po thrillerze w Staples Center

Koszykarze New Orleans Hornets po świetnym comebacku ostatecznie jednak przegrali z byłymi Mistrzami NBA 85 – 88. Jak to ostatnio często bywa pomiędzy tymi drużynami – spotkanie musiało zostać rozstrzygnięte dopiero w ostatnich sekundach. Decydujące punkty, które zostały zdobyte zza łuku dał drużynie z Los Angeles niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju Kobe Bryant.

Spotkanie zaczęło się od gigantycznej przewagi Los Angeles Lakers. Podopieczni Mike’a Browna zdominowali grę na parkiecie, a już kilka minut po pierwszej syrenie wygrywali 20-6. „Jeziorowcy” chyba zbyt szybko uznali to spotkanie za wygrane i rozluźnili się w grze ofensywnej jak i defensywnej. Przez ponad pięć minut spotkania Lakers nie potrafiło znaleźć recepty na punkty i pierwsza kwarta zakończyła się ostatecznie wynikiem 20 – 14. Kobe Bryant starał się wraz z Ramonem Sessionsem obdarowywać swoich kolegów z drużyny podaniami, a sam Black Mamba trafił 0 z 5 oddanych rzutów.

Kolejna kwarta zaczęła się podobnie jak poprzednia. „Szerszenie” chciały, ale nie potrafiły. Pierwsza połowa bowiem była chyba jedną z najgorszych w ich wykonaniu w tym sezonie, dlaczego? Praktycznie żaden oddany rzut nie potrafił znaleźć się w koszu. W pewnym momencie druga, a nawet trzecia piątka drużyny z Luizjany przegrywała z „Jeziorowcami” już 41 – 30. Pod koniec tego starcia Kobe Bryant kolejny raz udowodnił, że dzisiaj nie jest jego dzień. Kolejne pudła i kolejne straty zaowocowały runem Hornets i podgonieniem w drugiej kwarcie już na 43 – 39. Black Mamba po drugiej kwarcie był 0-7 pod względem skuteczności.

Trzecia kwarta to już walka łeb w łeb i minimalna przewaga podopiecznych Monty Williamsa. Wyśmienici Jarrett Jack oraz Jason Smith prowadzili swoją drużynę do wygranej nad Los Angeles Lakers i w pewnym momencie coraz bardziej wydawało się to możliwe. Kobe Bryant nie trafiał, a „Szerszenie” objęli prowadzenie na 60 – 54, gdy na tablicy wyników widniało już tylko ponad trzy minuty do końca trzeciej kwarty. Wtedy Kobe Bryant wziął wynik w swoje ręce i… nie trafiał. Po tej ćwiartce Black Mamba był bardzo bliski pobicia rekordu Tima Hardway’a w ilości nietrafionych rzutów z rzędu 0-17 FG. Kobe miał bowiem na swoim koncie już 15 nietrafionych rzutów z rzędu od początku spotkania. http://iv.pl/images/72496590565012107342.png

Czwarta kwarta zaczęła się od nadziei iż Hornets będą wstanie wygrać to spotkanie. I myślę, że wielu z nas właśnie tak uważało gdy na tablicy wyników widniała już 10-punktowa przewaga „Szerszeni” (77-67). Płakać czy się cieszyć? Pokonujemy samych Lakers, ale tracimy szansę na wyższy pick w drafcie. To właśnie wtedy Kobe Bryant odpowiedział nam, co kibice New Orleans Hornets powinni zrobić najpierw – oglądać jego show. Black Mamba znów zaczął trafiać i popisywać się akcją 2+1. Duet Bynum i Bryant doprowadzili swój zespół już tylko 3 punkty (79-76). „Szerszenie” jednak tak łatwo się nie poddały – udało im się wyjść na kolejne prowadzenie 85:80, a do końca spotkania zostały już niecałe 2 minuty.

To właśnie wtedy Kobe Bryant znów był clutch. To właśnie wtedy znów oglądaliśmy jednego z najlepszych zawodników w historii tego sportu. Pierwszą rzeczą, którą robił Kobe to wykorzystanie jednego rzutu wolnego, który wyprowadził „Jeziorowców” na 2 punktową stratę do rywali. 20 sekund do końca. Kobe Bryant jest 2/20. Kobe Bryant dostaje piłkę. Kobe Bryant bez ustawiania się rzuca za trzy… i trafia! Black Mamba znów to zrobił! Lakers wygrywają jednym punktem, tłum szaleje. Były zawodnik Lakers – Trevor Ariza dobrze widział jak się to skończy – uśmiechnął się tylko i zaczął klaskać swojemu byłemu mentorowi.

Mamy 20 sekund przed końcem i nadzieję, że którykolwiek zawodnik z Nowego Orleanu da nam to zwycięstwo. Nie liczą się już picki w drafcie, ale walka o honor i zemstę za zeszłoroczną porażkę w Play-Offs. Jarrett Jack dostał piłkę od wznawiającego od boku akcję Greivisa Vasqueza. Pamiętacie jak Jack zakończył rok temu pewną akcję po podaniu od Chrisa Paula kiedy to wygraliśmy kolejny mecz w tej niesamowitej serii? Tym razem Kapitan Jack nie zdołał zakończyć akcji pod koszem i spudłował tzw. layupa. Później zostało już tylko faulowanie na 2 sekundy przed końcem Matta Barnesa, który zamienił dwa rzuty wolne na punkty. Na dwie seundy przed końcem spotkania w swe ręce piłkę dostał Jason Smith. Nie wiadomo jak i dlaczego znalazł się zza łukiem, a po próbie rzutu został po prostu zablokowany przez Pau Gasola. Lakers 88 – 85 Hornets.

Monty Williams miał dzisiaj do dyspozycji tylko ośmiu zawodników. Przed rozpoczęciem spotkania dowiedzieliśmy się o tym, że do gry wróci Jarrett Jack, ale wypadnie również Carl Landry. Każdy z „Szerszeni” zdołał zdobyć przynajmniej 6 punktów. Greivis Vasquez (12 punktów, 4 zbiórki i 3 asysty), Xavier Henry (8 punktów, 5 zbiórek i 2 asysty) i Chris Johnson (6 punktów, 8 zbiórek i 4 przechwyty) zrobili bardzo dużo dla drużyny wchodząc z ławki. Będąc jedynymi zawodnikami dostępnymi na rezerwie postanowili wziąć się w garść i udowodnić, że to właśnie na nich, młodych, należy postawić. Henry starał się punktować, Vasquez znajdował świetnie kolegów dorzucając do tego również kilka ważnych „oczek”, a Chris Johnson kolejny raz zabłysnął ze swojej świetnej walki na tablicach i żelaznej obrony.

Z pierwszej piątki zabłysnęli kolejny raz Jason Smith i Jarrett Jack, mimo że oboje mieli szansę na wygranie lub wyrównanie spotkania w końcówce i oboje zawiedli – gdyby nie oni nie byłoby takiej możliwości. Oboje będą zdecydowanie stanowić jeden z ważniejszych punktów w drużynie przez następne lata. Jason trafił 8 z 17 rzutów zdobywając tym samym 17 „oczek” do których dorzucił team-high 10 zbiórek i 2 bloki. Jack natomiast zaliczył piąte double-double w tym sezonie w postaci 18 punktów i 10 asyst.

Al-Farouq Aminu, który zastąpił kontuzjowanego Trevora Arizę bardzo godnie. Zdobył solidne 10 punktów, 7 zbiórek oraz 4 przechwyty. Udało mu się zatrzymać Kobe Bryanta, Mette World Peace’a oraz Matta Barnesa. Może się ze mną nie zgodzicie, ale Al-Farouq może za kilka lat być jednym z najlepszych obrońców na pozycji skrzydłowego. Debiutant z Duke Blue Devils – Lance Thomas zastąpił Carla Landry’ego i zdobył 6 punktów oraz 7 zbiórek. Włoch, Marco Belinelli zaliczył jeden z gorszych występów w tym sezonie, bowiem zakończył mecz z dorobkiem 8 „oczek”, 3 zbiórek i 3 asyst z 25% skutecznością z gry.

Wspomniany Kobe Bryant stwierdził po meczu, że to był jeden z jego najgorszych spotkań w karierze. 38 minutowy występ zakończył z dorobkiem 11 punktów i 5 asyst + 3/21 skuteczność z gry. Śmiało można nazwać wczorajsze wydarzenie mianem „od zera do bohatera” lub jak kto woli „Where Amazing Happens”.

Gdyby jednak nie wyśmienita postawa Andrewa Bynuma, Pau Gasola i Ramona Sessionsa to Black Mamba zostałby po prostu pośmiewiskiem ligi. Bynum w przeciwieństwie do Bryanta rzucał na 70% skuteczności i zdobył 19 punktów oraz 10 zbiórek i 2 bloki. Pau Gasol został najlepszym zawodnikiem Los Angeles Lakers z dorobkiem 21 punktów i 11 zbiórek. Hiszpan przez całe spotkanie był tzw. dominatorem w pomalowanym którego nikt nie potrafił powstrzymać. Nowy nabytek Mike’a Browna – Ramon Sessions dał to czego Lakers od początku sezonu potrzebowali i zakończył spotkanie z 10 „oczkami” i 10 kluczowymi podaniami.

Po wczorajszej porażce z Los Angeles Lakers podopieczni Monty Williamsa stracili już możliwość zaklasyfikowania się do fazy Play-Offs.

  • mike

    Obaj doskonale wiemy, że graczy typu Bryant/James/Wade cholernie ciężko zatrzymać. O ich skuteczności bardziej decyduje to jak są dysponowani danego dnia, niż faktyczne wysiłki obrońcy. Oczywiście w przypadku obrony 1na1. No ale mniejsza z tym. Zwyczajnie według mnie Aminu akurat niespecjalnie miał wczoraj wpływ na gre Kobiego. I tego już pewny nie jestem, ale wydaje mi się, że częściej był przy nim Belinelli niż Aminu.

  • mike

    Nie do końca zgodzę się, że Aminu zatrzymał Bryant’a. Po prostu miał zły dzień. To co zawsze mu wchodziło, teraz za cholerę nie chciało i tyle. A druga sprawa, Bryant doskonale pokazał czego, a właściwie kogo nam brakuje. Przez cały mecz lipa, ale ostatnie cenne akcje potrafił zamienić na punkty. Jack odwrotnie. Bardzo udane spotkanie, ale w końcówce ważna i być może decydująca akcja… i przestrzelił prostego „kelnera”, po tym jak ładnie minął obrońcę. A o tym, że do ostatniego rzutu nie był wyznaczony Smith, to nawet szkoda wspominać. Dostał piłkę i zgłupiał 😀

    • Ale gdyby nie dobra obrona to zły dzień Kobe Bryanta zakończyłby się trochę wcześniej niż po 0/15.

  • Marios

    To nie lakers wygrali ten mecz tylko hornets go przegrali.