Przegrane back-to-back, wracamy do domu z niczym

New Orleans Pelicans przegrali już trzy spotkania z rzędu. Po fatalnie rozegranym meczu przed własną publicznością z Sacramento Kings, ekipa Monty’ego Williamsa udała się do Atlanty, gdzie jednak nie spisała się o wiele lepiej. Jastrzębie przejęły rywalizację od pierwszych minut, a Pelikany nie potrafiły trafić do kosza przez całą pierwszą połowę, zdobywając w niej season-low 28 punktów.

Gdy ofensywa Pelicans zaczęła wreszcie wyglądać jak należy bardzo szybko czas w trzeciej kwarcie wziął świetny coach Mike Budenholzer. Gra Hawks natychmiastowo uległa poprawie i nic nie miało prawa już umknąć gospodarzom z Atlanty, którzy spokojnie poprowadzili wynik do końca, prowadzeni przez Jeffa Teague’a.

„Jeff żył dzisiaj w nocy w naszym pomalowanym.” – mówił po meczu Monty Williams
Teague był nie do zatrzymania przez całe spotkanie, zwodził całą obronę Pelicans i łatwymi rzutami trafiał do kosza, często wyprzedzając o ułamek sekundy Anthony’ego Davisa na bloku. Miał 26 punktów i 7 asyst. Bardzo dobrze spisał się również z ławki Schroder, który pod nieobecność Jeffa zdobył 11 „oczek”. Energią i zaangażowaniem kompletnie wybijał z równowagi przyjezdnych DeMarre Carroll – zdobywca 19 punktów.

Po stronie Pelicans najlepiej (o ile w ogóle da się kogoś takiego wyróżnić) zagrał Jrue Holiday, który miał 20 punktów, 4 zbiórki i 7 asyst i jako jedyny był momentami w stanie zagrozić comebackiem drużynie Atlanty. 20 punktów i 7 zbiórek dodał od siebie Ryan Anderson, ale kolejny raz nie grzeszył skutecznością. 18 punktów, 6 zbiórek i 6 asyst miał też Tyreke Evans.

Austin Rivers wystąpił w miejsce Dariusa Millera w pierwszej piątce i pewnością powinien szybko o tym meczu zapomnieć. Był 0-8 z gry, 0-3 za trzy. To jego udział w tej rywalizacji.

Rozczarowani możemy być słabszym meczem Davisa, który był 5-14 z gry, miał 14 punktów i 11 zbiórek. Był niewidoczny, wybity z rytmu i jak cała drużyna okropnie męczył się w systemie Monty’ego Williamsa – to trzeba powiedzieć. Zero płynności, zaangażowania, komunikacji i spięcia akcji do najmniejszego szczegółu. Oglądało się to po prostu fatalnie.

Kolejną rzeczą na jaką trzeba zwrócić uwagę to rotacja Monty’ego, której… nie rozumiem. Alexis Ajinca, który był naszym wychodzącym środkowym pod nieobecność Omera Asika z dnia na dzień momentalnie znika i nie dostaje żadnych minut, zostaje zastąpiony przez wcześniej niewidzianego Jeffa Withey’a (którego osobiście wolę bardziej, ale gdzie tutaj logika?). Nie trzeba było czekać dłużej na podobną sytuację – Darius Miller wychodzi w pierwszej piątce, dostaje szansę od trenera, którą nie do końca wykorzystuje (to fakt). Co się jednak dzieje? Millera – byłego startera – nie widzimy już na parkiecie w następnych dwóch spotkaniach i jego minuty przejmuje równie słaby w tym sezonie Luke Babbitt, czy John Salmons, który zawalił kilkakrotnie krycie w meczu z Hawks i uniemożliwił jakikolwiek pościg. Można to tłumaczyć tym, że Monty wybiera poszczególnych zawodników na dany matchup. Efektów jednak nie ma i zastanawiam się czy kiedykolwiek będą.

Dzień później nasza ekipa wyleciała do DC, gdzie spotkała się z miejscowymi Wizards. Trzeba przyznać, że obydwie drużyny są w głębszym dołku i widać to było na parkiecie. Mnóstwo błędów, strat i koszmarnie przestrzelonych rzutów. Brak zawodników, którzy mogliby pociągnąć swój zespół do wygranej.

Mimo tego wszystkiego, bardziej konsekwentni w swojej grze byli gospodarze. Czarodzieje wykorzystywali ogromne braki w defensywie Monty’ego Williamsa – co swoją drogą jest zaskakujące mając na środku takich zawodników jak Omer Asik i Anthony Davis, a wszystkiego na obwodzie strzeże fantastyczny Jrue Holiday.

Randy Wittman świetnie znalazł lukę w pomalowanym i ustawiał swój zespół pod grę dla Marcina Gortata, który skutecznie zagrywał czy to na Omerze czy Anthonym. Polak był momentami mimo dobrej obrony indywidualnej nie do zatrzymania. Zdobył okazałe 24 punkty, 13 zbiórek i zapisał się aż 4-krotnie na liście blokujących.

New Orleans Pelicans aż po czwartą kwartę przegrywali już ponad 10 punktami. Bardzo dobrze spisywał się jednak Jrue, który trafił kilka rzutów z rzędu po indywidualnych akcjach. Zaraz później Tyreke i Jrue wykorzystywali Anthony’ego Davisa, który skutecznie grał przy obręczy, zdobył kilka punktów z rzędu i doprowadził już nawet do chwilowego prowadzenia.

Anthony Davis w pewnym momencie przestał dostawać piłkę. Kilka rzutów przestrzelili Ryan Anderson, Holiday czy Evans, a dla Wizards bohatersko zagrał Paul Pierce trafiając spod kosza i chwilę potem za „trzy”.

Pelicans wybronili jeszcze jedną akcję, ale nie zabezpieczyli obręczy i punktami po zbiórce ofensywnej wyższe prowadzenie dał Bradley Beal.

Ekipa z Luizjany miała szansę na kilkanaście sekund przed końcem spotkania trafić zza łuku i doprowadzić do dogrywki. Monty Williams poprosił o czas, rozpisał zagrywkę i przegrał dla nas mecz. Po wejściu na parkiet zawodnicy kompletnie nie znali swojej roli, zostali zdominowani przez obronę rywali i ostatecznie piłkę dostał w ręce Tyreke Evans. Jak to się skończyło wszyscy doskonale wiedzą.

W tym meczu trzeba pochwalić jedynie Jrue Holiday’a, który zatrzymał Johna Walla na skuteczności 5-15, a sam zdobył 17 punktów, 2 asysty i 7 zbiórek. Niewidoczny dzisiaj (poza czwartą kwartą) Anthony Davis zdobył okazałe 30 punktów i 13 zbiórek, ale można byłoby oczekiwać od niego znacznie więcej po bronionej stronie parkietu.

 

Głównym powodem do rozmów powinna być jednak ostatnia akcja, która jest kolejnym dowódem na to, że Monty Williams ma problemy na ławce trenerskiej, a wraz z tym New Orleans Pelicans są już 7-8 w tym sezonie i walka o Playoffs coraz bardziej się oddala. Sacramento jest 9-7, Denver 8-8, Phoenix 10-7, a za kilka dni pogoń za czołówką zacznie Oklahoma City Thunder, do których z powrotem dołącza Russell Westbrook i Kevin Durant.

Przed nami teraz okropnie ciężkie spotkania. 2 grudnia zagramy w Nowym Orleanie z Thunder (prawdopodobnie już z KD), a później czekają nas trzy wyjazdy na Zachód i spotkania z Warriors, Clippers oraz Lakers.

Podczas gdy Monty Williams będzie szykował się do ciężkiego tripu, ja powiem krótko: Fire Monty.

  • Rydzu

    Ciemne chmury nad Monty’m i Pelikanami…Też wywoływałem Riversa (myślałem, że w końcu osiągnął pułap pierwszej piątki, chociaż nie chcę Go jeszcze skreślać)…no i co mamy? Nie jest dobrze. Samo eksploatowanie Davisa nie najlepiej świadczy o zespole. Już wypowiedzi o ilości oddawanych przez Niego rzutów nastrajają przeciętnego kibica, jakby Davis był jedyną opcją w ataku. I choć wiem, że nie o to w tym chodzi, że Davis napędza grę, daje możliwości innym itp…to właśnie…tych innych nie widać. W tej chwili poza Davisem grają jeszcze Holiday i Anderson. Trudno mi wymienić Evans’a, który znowu jest coś w stylu 2/15 z gry. Jeżeli Monty chce przetrwać jako trener Pels, to musi osiągnąć playoffs i tego od tej drużyny ja również oczekuję.

  • mike

    Wychodzi na to, że jednak się myliłem. Nieobecność Gordona nam nie służy. Nie mam pojęcia dlaczego i o co tu chodzi, ale póki co, bez niego nam kompletnie nie idzie.
    A na Montiego mam focha, za ignorowanie Whiteya i Younga. Być może nic by nie pomogli, ale tego już się nie dowiemy.

    • skinner21

      Gordon jaki jest taki jest, ale to zawsze koszykarz. Jeden z 6-7 ludzi cokolwiek potrafiących. Bo o Millerze, Riversie, Babbicie, Salmonsie, można tylko napisać, że połowa koszykarzy grających w D-League byłaby od nich dużo bardziej pożyteczna i kogolwiek z nich by Williams nie wystawił w 1 piątce ten i tak będzie grał piach. Teraz wychodzi jak fatalne ruchy wykonał Demps w offseason podpisując Millera, Babbita czy Salmonsa zamiast Robertsa, Aminu, czy Casspiego, który był przez jakiś czas w ekipie.
      Teraz tylko pozostanie zapewne obrona picku, bo z Williamsem na ławce i jego chorymi rotacjami, i grą w defensywie na PO nie ma szans.

      • mike

        Wiem, że coś potrafi. Nie dostał tych milionów za piękne oczy. Ale nie da się ukryć, że w większości meczów był właściwie ( niestety ) niewidoczny. Sądziłem, że niewidoczny, to potrafi być ktokolwiek inny na jego miejscu ;P
        Okazuje się, że jednak nie.