O sadze transferowej z udziałem Malcolma Butlera pisaliśmy już niejednokrotnie. Ostatnie doniesienia mówiły o tym, iż zawodnik spotkał się z władzami New Orleans Saints, a całe spotkanie można było uznać za bardzo udane. Obie strony wyraziły chęć współpracy – Saints chcieli Butlera u siebie i byli skłoni do dokonania wymiany z jego drużyną, New England Patriots.
Problem polegał jednak na tym, iż Malcolm Butler wciąż musiał podpisać z Patriots „tender”, bowiem był zastrzeżonym wolnym agentem. Butler długo zwlekał z podpisem, ale ostatecznie złożył go pod umową z mistrzami NFL. Od tego momentu ekipa z Bostonu może śmiało handlować swoim graczem. Jak się jednak okazuje – nie tak prędko.
Jeśli Butler podpisałby kontrakt z Saints i został zawodnikiem Nowego Orleanu, to Mickey Loomis automatycznie musiałby wysłać swój (tutaj nacisk na „swój” – #11, nie #32) wybór w drafcie. Tak się jednak nie stanie, gdyż Saints nie chcą stracić picku. Patriots chcieli wobec tego z powrotem numer #32, który powędrował do Big Easy po wymianie Brandina Cooksa. Tak się również nie stanie, gdyż dla Świętych jest on zbyt wartościowy. Ba, nie chcą oddać nawet numeru 42 w drafcie.
Tak więc, Święci nie oddadzą swoich trzech najwyższych wyborów w drafcie 2017. Rozmowy mogą być kontynuowane jeśli Patriots zgodzą się na ofertę znacznie niższą, ale… Nie chcą tego zrobić. Ryzykują stratą Butlera za rok za darmo (gdyż nie będzie ich na niego stać), ale teraz nie mają zamiaru wzmacniać rywali swoim liderem defensywy.
Według raportu Saints i Butler zawarli wstępne porozumienie ws. bardzo wysokiej umowy, ale nic nie zostanie dopięte do końca bez uzgodnienia warunków pomiędzy ekipą Świętych i Patriots. A do tego wydaje się być bardzo daleko.
Wszystko wskazuje więc na to, że doszło do sytuacji, z której nie będzie się już dało wyjść. Obie drużyny chcą wyjść z niej zwycięsko, co tworzy poważny konflikt. Istnieje jednak również szansa, że taki obrót spraw i jej przeciek do mediów to sprawne manipulowanie i starania na wpłynięcie na swoich rywali w negocjacjach. Kto wie, może wreszcie którąś ze stron zwyczajnie „pęknie” i powie „yes”.


