Week 11: „a ja wiem lepiej”

W pierwszej odsłonie rywalizacji Saints z Falcons klasycznie już nie zabrakło emocji, choć tym razem to Saints zapewnili jej całość. Sean Payton w dniach prowadzących do meczu podjął decyzję o ogłoszeniu Taysoma Hilla starterem na ten mecz. W swoim debiucie Taysom miał nierówny początek, ostatecznie prowadząc jednak zespół do zwycięstwa.

Przebieg:

Ofensywa:

Długo się rozkręcała, ale już od drugiej połowy nie miała jakichkolwiek problemów z ogrywaniem Falcons. Taysom Hill z każdym kolejnym rzutem czuł się pewniej, ogrywając się i korzystając ze skutecznej gry dołem. Taysom dobrze czytał grę i jego złe decyzje można policzyć na palcach jednej ręki. Gdy miał okazję, nie bał się atakować, chociaż presja wpływała na niego różnie. Nie forsował on jednak gry dołem. dając czas i okazje do uwolnienia się swoim skrzydłowym.

W końcu swój pierwszy dobry mecz rozegrał Michael Thomas, będac najbardziej zaufaną bronią Taysoma. Emmanuel Sanders z kolei rozrywał krycie Falcons w głębszych strefach i to do niego leciały dalekie piłki Taysoma. W przypadku tej dwójki widoczny był brak zgrania, ale mimo wszystko Taysom nie bał się zaufać Sandersowi, który łapał piłki pomimo niedociągnięć w rzutach Hilla. Ani jednej piłki nie złapał Alvin Kamara, po raz pierwszy w karierze, lecz górą swoje jardy dodał Latavius Murray, plus Adam Trautman popisał się ładnym route runningiem.

Z Taysomem na rozgeraniu królować miała gra biegowa i aż trzech zawodników miało dwucyfrową liczbę biegów. Alvin Kamara rozgerał skromne spotkanie, gdy to Murray męczył lżejszych linebackerów Atlanty. Taysom brał piłkę we własne ręce w trakcie trzecich prób i w redzone, zdobywając dwa przyłożenia Saints.

Na pochwałę zasłużył Sean Payton, ułatwiając trochę debiut Taysoma i grając pod jego mocne strony. Nie był to jednak banalny playbook i Taysom wciąż musiał zajmować się kilkoma readami. W użytek poszła jednak mobilność Taysoma.

Defensywa:

Ażeby Taysom mógł spokojnie się oswajać z ligą i nową rolą, potrzebował dobrej gry defensywy. Otrzymał jednak dominującą formację, która pozwoliła Falcons na odrobinę gry w pierwszej połowie, zamykając ich całowicie w drugiej. Falcons byli w stanie zdobyć trzy kopnięcia, z czego dwa dalekie, bijąc głową w mur po tym.

Linia defensywna dominowała kolejny tydzień z rzędu, siejąc piekło dla Matta Ryana. Rozgrywający Atlanty musiał stale biegać o swoje życie, ostatecznie będac sackowanym ośmiokrotnie. Przez cały mecz Falcons nie udało się nawet zanotować biegu większego niż siemiojardowy, całkowicie polegając na walczącym o życie Ryanie.

Wraz z presją zgrywało się także krycie, które po słabszym początku przykleiło się na stałe do skryzdłowych Falcons. Atlancie brakowało Julio Jonesa, który szybko złapał uraz, lecz było to równoważone przez brak Marshona Lattimore’a ze strony Świętych. Falcons konsekwetnie próbwali atakować dalekimi podaniami, zaś gdy to nie przynosiło innego skutku poza powalonym Ryanem. Janoris Jenkins dominował i po paru okazjach udało mu się przechwycić podanie. Pod koniec meczu Atlanta zaczęła grać krótszymi podaniami, ale trio Demario Davis, Kwon Alexander i CJ Gardner-Johnson skutecznie je zatrzymywało.

Całościowo, występ na piątkę z plusem, zwłaszcza za to, iż przez część drugiej połowy Atlanta miała ujemne jardy w ataku.

Special Teams:

Ciche spotkanie. bez większych akcji. Wil Lutz spudłował jedno kopnięcie, ale solidne punty miał Thomas Morstead. Deonte Harris męczył się z urazem, lecz i on na początku nie mógł nic zrobiź z dobrym kryciem Atlanty.