Week 4: Witaj z powrotem, stary przyjacielu

Przed sezonem wyjazd do Detroit był traktowany jako relatywnie łatwa wygrana dla Saints. W realiach sezonowych, gdzie Saints byli pozbawieni sześciu starterów i klasycznego Drew Breesa, już na łatwy mecz się nie zapowiadało. Po okropnym początku Saints udało się jednak rozgerać najlepszy mecz w sezonie.

Przebieg:

Ofensywa:

Wreszcie działająca na pełnych obrotach. W Drew Breesa wstąpiła druga młodość i już od samego początku obserwowaliśmy innego człowieka na rozegraniu Saints. Choć zaczął od pechowego interception po strąceniu piłki przez liniowego, to nie dał tego po sobie poznać. Brees atakował obronę Lions podaniami na 15-20 jard, kilukrotnie nawet ryzykując. Jego podania do Alvina Kamary w trakcie czwartej próby oraz TreQuana Smitha na zakończenie meczu były wręcz przepiękne. Oczywiście Drew nie jest już w wieku, gdzie będzie rzucać na 50 jardów, ale nawet te 15-20 jardów więcej odblokowuje ofensywę Saints. Przez ostatnie lata to właśnie takimi „pół-wielkimi” zagraniami Saints kontrolowali ofensywę i zdobywali jardy. Oczywiście należy wziąć poprawkę, iż to wciąż tylko Lions, którzy z tylko dla siebie znanych powodów rzucali obronę strefową przez 80%% meczu. Lecz Brees wciąż wyglądał dobrze. Jego podania nagle z powrotem miały w sobie prędkość i nie upadały przed receiverem. Z powrotem miały timing i wyczucie. Z powrotem trafiały w to jedno miejsce, gdzie złapać mógł tylko skrzydłowy Saints. Teraz pora się tylko modlić, aby to nie był fluke.

Świetna była gra biegowa, która raz po raz siała popłoch w obronie Lions. Saints nie tworzyli długich biegów w tym meczu, skupiając się raczej na powtarzalnym i męczacym dla Lions zdobywaniu pierwszych prób. Biegnąc dołem Saints zaliczyli pięć z pięciu konwersji w trzeciej próbie, wliczając w to sześciojardowy bieg Lataviusa Murraya na przyłożenie w trakcie 3&goal. Lions raz za razem byli tłamszeni przez Murraya i Kamarę, którzy znowu byli rotowani w inteligentny sposób przez Seana Paytona. Lions udało się jakkolwiek zatrzymać biegi Saints dopiero pod koniec meczu. gdy było już dla nich za późno.

Bardzo dobrą robotę wykonali także skrzydłowi. Emmanuel Sanders rozgerał najlepszy mecz w barwach Saints i widać, że czuje się coraz lepiej w systemie Seana Paytona. Zakończył mecz z 93 jardami na koncie i widocznym zgraniem z Breesem. Wraz z powrotem Michaela Thomasa Sanders tylko może zyskać. Mniej piłek złapał TreQuan Smith, bo tylko cztery na 54 jardy, ale za to z dwoma przyłożeniami i kluczowym third down conversion na zakończenie meczu. Smith wygląda fenomenalnie w tym sezonie i w raz z Treyem Hendricksonem z sukcesami wchodzą w buty po Thomasie i Davenporcie. Widać, że Brees ufa Smithowi w kluczowych sytuacjach, a on w nich po prostu nie zawodzi.

Linia ofensywna zagrała dobry mecz, acz cieniem rzuciło się na nią wstrząśnienie mózgu Ryana Ramczyka, po którym prawa strona wyraźnie ucierpiała na jakości. Etham Greenidge zrobił swoje, ale spadek talentu był wyraźny. In plus raz jeszcze Erik McCoy i Cesar Ruiz, którzy torowali drogę dla gry biegowej i mometami dominowali linię Lions. Nick Easton w miejscu Andrusa Peata również był bardzo soldiny i nie popełniał błędów.

Defensywa:

Zaczęła koszmarnie, a potem wyglądała bardzo dobrze. Saints mieli duże problemy z przygotowanym gameplanem Darrela Bevella, przez co ich ten mecz zaczął się dla nich w okropny sposób. Bardzo szybko jednak doszli do siebie i należy pochwalić formację całościowo. Bez trzech starterów, w tym obu na pozycji cornerbacka wypadli dobrze. Początkowe błędy w komunikacji zostały naprawione już po paru minutach i Matthew Stafford nie był w stanie sforsować obrony bez cudownych chwytów swoich zawodników. Dla Lions ten mecz mógł być jeszcze gorszy, bo poza fenomenalnymi chwytami dwukrotnie wyratowani zostali przez flagi na Alexie Anzalone. Saints jednak wyglądali o wiele lepiej pod kątem dyscypliny i przy odrobinie więcej, mogli w ogóle uniknąć flag w kryciu.

Pass rush wypadł solidnie, z Camem Jordanem notującym pierwszy sack w sezonie oraz Treyem Hendricksonem notującym sack oraz trzy QB hity. Środek linii również generował presję, a na następny mecz do gry ma już wrócić Marcus Davenport.

MVP obrony był jednak Patrick Robinson, który skutecznie ograniczył Kenny’ego Golladaya, dorzucając do tego przechwyt. Robinson i PJ Williams byli świetni w kryciu przez cały mecz, w imponujący sposób łatając dziury po kontuzjach. PJ również zagrał najlepszy mecz w tym sezonie. Po raz pierwszy też Saints nie dali się ogrywać tight endom. TJ Hockenson nie przekroczył 10 jardów, a 31 Jessiego Jamesa przyszło po cudownym chwycie który powinien być przechwytem Malcolma Jenkinsa. Do poprawy wciąż jest red zone defense, ale poza tym, Saints kryli najlepiej w tym sezonie,

Special Teams:

Dobry Deonte Harris, niezawodny Wil Lutz, przeciętny Thomas Morstead i solidne kick coverage. Deonte został ograniczony na kickoffach, ale zabrał jeden punt na 14 jardów zanim musiał opuścić boisko przez kontuzję. Kolejny na 13 jardów zabrał Alvin Kamara. Solidna czwórka.