Week 5: Wesołe perypetie słabego zespołu

Choć New Orleans Saints wygrali swój trzeci mecz w sezonie, wciąż nie można nazwać ich dobrym zespołem. Przeciwko Chargers wyratowali ich czysty talent i … sami Chargers. Nie było przynajmniej nudno, a Święci z czystym sumieniem mogą sobie wpisać w rubrykę 17-punktowy comeback.

Przebieg:

Ofensywa:

Występ do zapomnienia. Drew Brees przez większość pierwszej połowy wyglądał okropnie, zaliczając brzydkie interception i dopiero ostatnie, kluczowe dla meczu, posiadanie tej połowy pozwoliło mu zyskać rytm. W drugiej połowie Drew wyglądał jednak znacznie lepiej w drugiej połowie, wyglądając agresywniej i grając skuteczniej. Zwieńczeniem jego gry było podanie do Jareda Cooka na przyłożenie, które okazało się jego najdalszym rzutem od ponad dwóch lat. Brees wciąż nie był bezbłędny, pomijając parę okazji do skarcenia defensywy Chargers, ale nie pomagał mu Sean Payton, stale zdejmując go z boiska i forsując Taysoma Hilla. Taysom był bezużyteczny przez cały mecz, tylko po to, by w trakcie 3&6 na sam koniec meczu wbiec po przyłożenie. Mimo wszystko, playcalling Seana Paytona również zasługuje na narzekanie, bo przez dużą część meczu był po prostu zły.

Ofensywa dołem była przeciętna, mimo solidnych cyfr. Linia ofensywna Saints dała się stłamsić rywalom z Los Angeles i akcje biegowe były bardziej pojedyńczymi zrywami niż stale działającym planem. OL zagrała także przeciętnie w kryciu Drew Breesa.

Swój najlepszy mecz rozegrał Emmanuel Sanders, który raz za razem ciągnął Saints za uszy. Chargers mogą się pochwalić dobrą secondary, lecz na Sandersa nie mieli żadnej odpowiedzi. Nie do zatrzymania górą był także Alvin Kamara, którego cyrkowy chwyt tuż pod koniec meczu jest jednym z kandydatów do zagrania roku w całej lidze. In plus Jared Cook, który poza przyłożeniem rozgerał ciche zawody, lecz potrafił stworzyć miejsce na dalekie zagrywki, bedąc po prostu ignrowanym. Wschodzącą gwiazdą tego meczu okazał się być Marquez Callaway, który na boisku przebywał więcej od Sandersa.

Defensywa:

Dwie twarze w tym meczu. Fenomenalny mecz rozegrała lina defensywna, która wykorzystała kontuzje w OL Chargers i zupełnie zdominowała swoich rywali. Justin Herbert żył pod ciągłą presją i gdyby nie jego mobilność, ten mecz źle by się dla niego skończył. Kilkukrotnie jednak został naprawdę mocno uderzony. Bardzo dobry był Cameron Jordan, swoje grał Trey Hendrickson, a w ograniczonej ilości czasu nie zawiódł Marcus Davenport, ściagąjąc podwojenia i zaznaczając swój powrót. Dobrze zagrała druga linia, zwłaszcza w kryciu. Chargers ledwo co byli w stanie operować na drugim poziomie i w slocie, dzięki dobrej grze linebackerów, Chaunceya Gardnera-Johnsona oraz Malcolma Jenkinsa. Drugi mecz z rzędu Saints grali przeciwko bardzo groźnemu TE i pomimo przyłożenia, Hunter Henry został oraniczony.

Problem był jednak w secondary. Po szybkiej kontuzji Keenana Allena Marshon Lattimore stał się zwykłym tłem dla skrzydłowych Chargers, raz za raz oddając im dalekie podania. Mike Williams całkowicie zdominował Lattimore’a, wręcz ośmieszając go. Marcus Williams podejmował wątpliwe decyzje i razem z Lattimorem sabotowali wręcz resztę zespołu, czy to pusczając za plecy, czy źle atakując piłkę/zawodnika. Takimi spotkaniami oni zabierają sobie dziesiątki milionów z następnych kontraktów. To także Williams zawalił krycie przy przyłożeniu Chagers w czwartej kwarcie, gdy Saints mieli przyjezdnych już na linach. Pod żadnym pozorem nie rozegrał dobrego spotkania, gdy Lattimore częściowo się zrehabilitował wygrywającym mecz powaleniem.

Kolejny raz Saints byli także dominowani w redzone i dalej są w tym aspekcie najgorsi w lidze. Chargers pokonali ich na zagraniach które nie były trudne do obrony przy większej ilości dyscypliny i uwagi.

Special Teams:

Mieszany występ. Wil Lutz był bezbłędny i był kluczową postacią w comebacku, gdy jego odpowiednik z Los Angelez przegrał mecz swojemu zespołowi. Thomas Morstead wrócił do lepszej formy i jego punty były znacznie lepsze niż w ostatnich meczach. Gwiazdą ST był jednak Marquez Callaway, którego returny stale przenosiły Saints glębiej w stronę endzone. Brak Deonte Harrisa nie był w ogóle odczuwalny, a mowa o prawdopodobmie najlepszym returnerze ligi.

Z drugiej strony, all-pro special teamer JT Gray zaliczył aż trzy flagi za holding przy returnach Callawaya, a flaga za atak na puntera na Dwaynie Washingtonie bezpośrednio zaskutkowała utratą przyłożenia. Już jedna albo dwie flagi w ST to słaby występ, zaś cztery i oddane przyłożenie to po prostu niewytłumaczalny występ.