Week 8: Czy można bez nerwów?

Po drugiej dogrywce w tym sezonie i multum nerwów, Saints udało się wygrać czwarty mecz z rzędu, tym razem na trudnym terenie, w ciężkich warunkach i bez większości ze swoich skrzydłowych. Jeszcze jeden raz Saints wymęczyli zwycięstwo, chociaż nie brakło w tym meczu plusów w defensywie.

Ofensywa:

Do egzekucji i ogólnego występu nie ma się co przyczepić. Chicago to dalej jedna z lepszych formacji defensywnych w lidze i bez trzech z czterech podstawowych skrzydłowych. Mimo tego, bardzo solidnie wyglądał atak górą, w którym Drew Brees i Sean Payton łapali się wręcz wszystkiego co dostępne. Prym wciąż wiedli Alvin Kamara i Jared Cook, ale w końcu jako skrzydłowy dodał Taysom Hill. Przede wszystkim to Kamara raz po raz otrzymywał dużo przestrzeni, znowu ciągnąc Saints za uszy.

To także Kamara dał Saints ich najlepszy bieg tego dnia, razem z Taysomem Hillem tworząc zagrożenie dołem. Latavius Murray miał najgorszy dzień w sezonie i nie był w stanie niczego dokonać, w przeciwieństwie do Taysoma, który miał najlepszy dzień tej kampanii. Dużych zastrzeżeń nie można mieć do linii ofenswynej, która skutecznie ograniczyła mocne front seven Chicago, dając Drew możliwość operowania w kieszeni.

Największym negatywem meczu był… Sean Payton. Jego decyzje momentami były trudne do obrony, zwłaszcza zagrywka w trakcie trzeciej próby gdy palili zegar. Taki mecz jakt ten wręcz prosił się o nadmiar kretywności i ciągłe zaskakiwanie Bears, a zamiast tego Payton w najważniejszych momentach był przewidywalny.

Defensywa:

Obrona poczyniła postępy, lecz wciąż przed nią dużo pracy. Tym razem problemy z dyscipliną zostały ograniczone, lecz mimo to Saints wciąż zostali kilkukrotnie pokonani w secondary. Tym razem w większości przegrali czyste pojedynki na talent, lecz nie zabrakło i autosabotaży. Tak jak przeciwko Chargers i Panthers, w najważniejszym momencie meczu obrona stanęła jednak na wysokości zadania.

Jasnym punktem tego meczu był pass rush, który wywarł ponad dwadzieścia presji, z czego trzytnaście było autorstwa duetu Marcus Davenport i Cameron Jordan. Dla porównania, cała drużyna Bears wywarła ich szesnaście. Saints wykorzytali tak, jak tylko się dało, przetrzebioną linię ofensywną Bears i nawet kontuzja Sheldona Rankinsa ich nie zatrzymała. Marcus Davenport od powrotu do zdrowia jest jednym z najlepszych zawodników Saints i absolutnym game-changerem. W coraz lepszej formie jest także Cameron Jordan, który również jest instrumentalny do sukcesów Saints.

Słabszy mecz rozgerał Demario Davis, ale na plus wyszedł Marshon Lattimore. Po byciu pokonanym przez Allena Robinsona Lattimore wziął się za siebie, rozgrywając bardzo solidne zawody i notując przechwyt, bedąc także blisko drugiego. Shon, po świetnym pierwszym tygodniu, był w bardzo nierównej formie i taki mecz może odmienić jego sezon, zwłaszcza przed meczem w Tampa Bay. Kolejny dobry występ dorzucił Malcolm Jenkins.

Wyjątkowo przeciętne momenty w tym meczu miała obrona biegowa, dzięki czemu David Montgomery był bliski przełamania serii Saints bez biegaczy ze stu jardami na koncie. Pod koniec meczu ta obrona jednak się uporządkowała, tworząc mur nie do przejścia.

Special Teams:

W większości dobry występ, splamiony bardzo przeciętnym puntingiem i pudłem Wila Lutza w pierwszej połowie. To pudło przerwało serię Lutza i było jego pierwszym pudłem w całym sezonie. Poza tym, Lutz nie pozwolił, aby to pudło wpłynęło na jego formę, trafiając wszystkie pozostałe kopnięcia, w tym także game winnera.

Kolejne świetne zawody rozgerał Deonte Harris, notując ponad dwadzieście dwa jardy na każej akcji powrotnej. Z drugiej strony, Bears zostali ograniczeni do minimum w swoich akcjach powrotnych, między innymi dzięki fenomenalnej grze Justina Hardee.