A miało być tak pięknie… Vikings jednak boleśnie przypomnieli fanom Saints, jak niewiele znaczy preseason. Obrona wyglądała słabo przez większość spotkania, a ofensywa nie potrafiła już wrócić przeciwko potężnej obronie Wikingów.
Zaczęło się jednak dobrze. Saints zaskoczyli wszystkich, opierając swoją ofensywę na grze dołem. Payton doskonale kontrował defensywne ustawienia Mike’a Zimmera, powoli i sumiennie, i to właśnie dzięki biegom wywalczył stosunkowo łatwy dla Wila Lutza. Przyłożenie byłoby lepszym początkiem, ale Payton mimo to podjął świetną decyzję z bieganiem na początku spotkania. Pass rush Vikings to potężna broń, którą gra biegowa wyłącza z gry. Pokonanie Vikings dołem jest również o wiele bardziej prawdopodobne, aniżeli pokonanie ich górą, zwłaszcza bez slot receivera. Defensywa Saints na starcie również była solidna. Dalvin Cook nie istniał, a Vikings byli zmuszeni do żmudnego marszu w górę boiska. Niedopuszczenie Vikes do większych zdobyczy jardowych należy docenić. Wisienką na torcie było świetne zagranie Alexa Anzalone, ratujące Saints przed przyłożeniem.
I szczerze mówiąc, niewiele więcej dobrego było nam dane w tym meczu. BARDZO dobry w grze górą był Coby Fleener, łapiąc pięć z sześciu posłanych piłek w jego stronę, w tym jedno na przyłożenie. Ba, Fleener był powodem, dla którego zdobyliśmy drugie punkty z pola. Podanie Breesa do Tommylee Lewisa na 52 jardy w trzeciej kwarcie było zaś zdecydowanie najlepszym zagraniem dnia po stronie Saints.
Wracając do meczu, to właśnie w drugiej kwarcie nastąpił przełomowy moment spotkania – kontuzja Zacha Striefa. Nie licząc screen play dla Ingrama, podczas którego Danielle Hunter zbliżył się do Drew Breesa na niebezpiecznie bliską odległość, niemal przełamując to zagranie, to Hunter był zatrzymany przez Striefa. Po jego kontuzji wszystko się posypało, a pass rush Vikings został spuszczony na panicznie szukających punktów Saints.
Ta kontuzja to całkowity punkt zwrotny spotkania. Od razu po otrzymaniu kilku Vikings rozbili Saints, w zaledwie trzech zagraniach. Krycie było fatalne, a kwintesencją tego było idiotyczne zagranie De’Vante Harrisa podczas TD Vikings. Mimo odpowiedzialności za krycie Stefona Diggsa, nie mając żadnej pomocy ze strony safety, Harris postanowił zagrać na bieg Vikings, przepuszczając Diggsa na ogromną połać wolnego miejsca. Błędy się zdarzają każdemu, ale w tamtym momencie Diggs już sprawiał problemy Saints.
Następny drive to cóż, bierny opór Świętych. Mieli oni szanse na uratowanie twarzy, ale AJ Klein wybił Camowi Jordanowi przechwyt. Jordan kapitalnie rozegrał tamten snap, przełamując podanie i jeszcze je łapiąc po odbiciu się, ale Klein go nie zauważył, niwecząc zysk zespołu. Parę chwil później Diggs raz jeszcze ograł Harrisa, łapiąc przyłożenie i wygrywając na dobrą sprawę mecz Vikings. Tutaj wina nie leży tylko po stronie Harrisa, ale i play-callingu Saints. Diggs nie jest wysokim skrzydłowym, ale wartość Harrisa w redzone jest żadna. Kenny Vaccaro, Marcus Williams, Marshon Lattimore, PJ Williams – było komu pokryć Diggsa w tym zagraniu. Zagraniu, w którym właśnie zabrakło centymetrów.
Saints po tym tracili jedenaście punktów, a Vikings otrzymywali piłkę, jak by przewaga im nie wystaczała. Oczywiście nie wszystko było stracone, ale w tym momencie Vikings mieli to, czego chcieli – kontrolowali mecz. Saints byli zmuszeni do porzucenia gry biegowej, ku uciesze pass rushu Vikes. Jeden oddany sack (bardzo piękny spin move Eversona Griffena, Ramczyk bez szans) oraz dwa QB hity nie oddają tego, jaką presję generowali Vikings, zwłaszcza z krawędzi linii. Brees nierzadko nie miał czasu na porządne przyjrzenie się sytuacji na boisku i musiał forsować rzuty. Było kilka dobrych zagrań, takich jak podania do Lewisa czy Ginna, ale to tyle. Nawet, jeśli udało się ochronić Breesa, to krycie Wikingów było bardzo skuteczne. Mimo skupienia uwagi na Michaelu Thomasie, wciąż byli w stanie wyłączyć inne opcje Drew Breesa. Strasznie widoczny był tutaj brak Williego Sneada albo nawet Austina Carra – kogoś, kto będzie pewną opcją i znajdzie wyrwę w obronie rywali. Tommylee Lewis pokazał, iż jest świetną opcją na dalekie podania, ale nie slot receiverem.
Koniec końców, 19-29. Zaś Dennisowi Allenowi oraz defensywie należy się ogromna nagana za ten mecz. Po pierwsze, za rotację. Widział, że Harris grał fatalnie, ale mimo to postanowił go trzymać na boisku. Nie dał ani jednej szansy gry Sterlingowi Moore’owi, który ze swoim doświadczeniem mógłby pomóc, zwłaszcza, że secondary Saints zachowywała sie idiotycznie, całkowicie głupiejąc gdy piłka wylatywała z ręki Bradforda. Kiedy w drugiej połowie Dalvin Cook zaczął się rozkręcać, nie wprowadził Vonna Bella, który jest jednym z najlepszych obrońców w zespole przeciwko grze dołem. Po drugie, za dobór zagrywek. Saints niemalże całe spotkanie grali w strefie i choć już od początku była ona rozrywana przez Vikings, on z niej nie wyszedł. Znakiem ostrzegawczym były dwa crossing route Stefona Diggsa. Gwoździem do trumny dwa identyczne zagrania środkiem do Adama Thielena (Thielen skądinąd był jednym wielkim katem secondary Saints). Sam Bradford miał w tej strefie jedną wielką ucztę, wyglądając jak najlepszy QB ligi. Przejście na grę jeden do jednego mógłby ocalić Saints od złapania rytmu przez Bradforda. Nagana numer dwa – pass rush. Saints udawało sie wywrzeć trochę presji, ale niemal za każdym razem Bradford mógł zrobić krok do przodu i uniknąć pass rushu Świętych. Swoje dołożył Allen, w pewnym momencie posyłając zaledwie trzech zawodników za QB Vikings, wciąż grając strefę. Swoje chociaż zrobił Cam Jordan, autor jedynego sacka, oraz jedynych dwóch QB hitów. Wiele osób zgani również Seana Paytona, za timeouty które doprowadziły do drugiego TD Vikes, ale tak naprawdę to była dobra decyzja. Gdyby nie wielki pech (prawie INT Cama) oraz niepomność strefy, Saints mogliby zakończyć kwartę zaledwie czterema punktami na minusie. I ostatnia nagana – głupie flagi, zwłaszcza na początku. Williams, Vaccaro, Anzalone, Peat, Warford – trochę ich było.
Za tydzień z kolei czekają nas New England Patriots, mający chęć zmazania plamy z czwartku. Jeśli defensywa się nie poskłada, będziemy mieli powtórkę w kunszcie gry rozgrywających rywali Saints. Jest niemal pewnym, iż nie zobaczymy w tym meczu Zacha Striefa, który ma pauzować kilka tygodni z powodu kontuzji MCL.
Na szczęście jest jeszcze 15 spotkań. GeauxSaints!


