Week 1: Wstydliwy falstart.

8 miesięcy czekania. Tyle uwagi poświęcone na rookie campy, główny obóz treningowy oraz preseason. Tylko dla czegoś takiego, dla zostania wręcz wystawionym przez Saints na randce zwanej sezonem 2018. Bo Święci na tym meczu się nie pojawili, a na pewno nie w całości.

Niedziela, południe czasu miejscowego. Superdome szaleje. Fani zgodnie z obietnicą witają przyjezdnych w ogłuszającym piekle. Nowy Orlean świętuje – rusza nowy sezon. Sezon z wielkimi oczekiwaniami, sezon, który ma należeć do Saints. Zaczynamy mecz, Saints atakują jako pierwsi. Alvin Kamara już na starcie zdobywa ponad 30 jardów, kilka chwil później zdobywając TD po tym, jak Sean Payton w typowy dla siebie sposób namieszał w głowach obrońców, rzucając Breesa na pozycję skrzydłowego, a Taysoma Hilla jako fałszywego QB. Szybkie 7-0, pora na obronę. Jednak nie, pomińmy to. Vonn Bell wraz z Patrickiem Robinsonem nie zrozumieli się, prowadząc do ponad 50-jardowego TD DeSeana Jacksona. I zaczęła się strzelanina, w której obie ofensywy robiły co chciały. Aż do fumble Mike’a Gillislee, przez które Tampa uciekła na dwa posiadania – jak się okazało, przewagę wystarczającą. Do przerwy wynik brzmiał 31-24 dla Bucs, ale to goście rozpoczynali drugą połowę w ofensywie. Choć Saints udało się chwilowo utrzymać stratę na 7-10 punktach, tak nie potrafili zdobyć punktów wtedy, kiedy były one najbardziej potrzebne, a gwoździem do trumny były pierw wypuszczenie podania przez Thomasa (jedyne tego dnia z 17 piłek posłanych w jego stronę) oraz późniejsze fumble Mike’a, kosztujące Saints całe dwa kluczowe posiadania. Bucs uciekli na 48-24 i choć Superdome wrzało, sytuacja była tragiczna. W ostateczności zryw trio Kamara/Brees/Thomas doprowadził do ledwie ośmiu punktów straty, ale zabrakło już czasu na ten ostatni drive.

Saints zagrali bardzo słabe zawody, eufemistycznie rzecz ujmując, zwłaszcza w obronie. Oczywiście, Bucs wychodziło wszystko. Każde zagranie polegające na szczęściu i losowości padało na korzyść gości, włącznie z kilkoma flagami, które wzbudziły zdziwienie w środowisku ligi (dwa roughing the passer na Onyemacie oraz Davenporcie). Dość powiedzieć, że gdy Davenport strącił podanie na screen play, piłka niemalże odbiła się w stronę zawodnika Bucs. Ryan Fitzpatrick wyglądał jak Hall of Famer, rzucając momentami perfekcyjne podania.

Dlaczego? Ponieważ w Saints zagrały ledwie cztery osoby. Wszystkie w ofensywie. Obrona grała żałośnie. Pass rush? Run stuff? Takich pojęć w Superdome nikt nie uświadczył ze strony czarno-złotych. Nie pomagały blitze, które wyglądały bardzo źle i tylko ułatwiały robotę Bucs. OL Tampy nie miała problemu z dominowaniem nad zawodnikami Świętych, tworząc ogromne możliwości biegowe dla Fitza i Peytona Barbera, a tragiczna gra drugiej linii tylko to wyolbrzymiała. Krycie? Też nie istniało. Vonn Bell był rzucany do krycia na zawodnika o ponad 15 cm większego, po czym wielkim zdziwieniem było, kiedy przegrywał na wysokich podaniach. Marshon Lattimore? Ten chłopak zapomniał w jaki sposób się gra. Nie miał nawet jednego dobrego momentu w tym meczu, przegrywając wszystko i wszędzie. Podobnie Ken Crawley, który w pewnym momencie potknął się przy idealnym kryciu, będąc ratowanym przez złe podanie Fitza (wyjątkowy widok). Nic nie działało, dosłownie nic.

A ta czwórka? Drew Brees. Michael Thomas. Alvin Kamara. Ted Ginn. Ten kwartet był odpowiedzialny za wszystkie 40 punktów, razem z Wilem Lutzem przy kopnięciach. Brees był fenomenalny, niemalże bezbłędny. Thomas dominował, i choć te dwa błędy wręcz dobiły Saints, tak 16 chwytów na 17 prób oraz 180 jardów robiło swoje i MT nie raz ratował zespół. Kamara? Nie miał zbyt wielu możliwości do biegania, ale w grze górą był wręcz bogiem który stąpił na ziemię. Trzy przyłożenia, setki wyminiętych zawodników. Jego poziom gry nie podupadł, nic a nic. A Ginn? Nie zawiódł, zdobył TD, walczył o każdy jard i był tam, gdzie być powinien. Przy bardzo przeciętnej grze OL (wyjątkowo zawiódł Ryan Ramczyk, oddając sack oraz flagę na 10 jardów) oni wręcz ciągnęli ten zespół za uszy.

Lecz to i tak nie wystarczyło. Falstart. Bardzo wstydliwy falstart, szybko sprowadzający zespół na ziemię.