Week 11: Sześć minut cudów

Kiedy wszystko za świecie zwiastowało koniec pięknego snu Saints i licznik zwycięstw miał się zatrzymać na siedmiu, magia voodoo raz jeszcze ukazała swoje oblicze. Po fenonenalnej końcówce Saints wrócili jednak zza grobu i odnieśli spektakularne zwycięstwo.

Pierwsze 57 minut tego meczu w wydaniu Saints można jednak określić jednym słowem: zło. Redskins świetnie się przygotowali do tego meczu i grali z o wiele większą zawziętością. Już w pierwszym posiadaniu Saints Drew Brees został przechwycony. Pomógł im także fakt, iż już na starcie spotkania kontuzji kostki doznał Marshon Lattimore. Marshon jednakże uratował zespół przez utratą przyłożenia w tej samej akcji. Grający w jego miejsce PJ Williams złapał kilka flag i w pierwszej połowie był bardzo niepewny. Podobnie jak ulubiony kozioł ofiarny Saints – De’Vante Harris. To właśnie Harris był jednym z zawodników zaangażowanych w utratę pierwszego przyłożenia. Tuż przed tym TD Ken Crawley niemalże przechwycił piłkę, ale Josh Doctson wyrwał mu ją z rąk. Saints jednak odpowiadali, a po biegu Marka Ingrama było 10-10 po pierwszej kwarcie. Wynik był o wiele lepszy niż gra i pomimo utraty kolejnego TD przez Saints, byli oni w grze. Przy 17-13 tuż przed zakończeniem połowy Redskins mieli szanse podwyższyć wynik, ale przez falstart liniowego wyrzucili się poza zasięg kopnięcia z pola. Harris w tym posiadaniu przechwycił także piłkę, ale akcja ta została cofnięta przez sędziów. Kirk Cousins grał bardzo agresywnie i bardzo skutecznie, korzystając z kontuzji w obronie Saints. Jego RB Samaje Perine również dawał się we znaki Świętym, a pass rush gości rozgrywał bardzo dobre zawody.

Niemniej druga połowa zaczęła się nieźle dla Saints. Szybko odzsykali piłkę, ale niestety nie potrafili tego wykorzystać. W następnym posiadaniu znowu to zrobili, korzystając ze świetnego puntu Thomasa Morsteada. Niestety dali się zaskoczyć fake puntem, a będący na fali Cousins poprowadził Redskins prosto do endzone. Saints byli bardzo nijacy, ale udało im się zdobyć trzy punkty. Niemniej zanosiło się na porażkę, kiedy w czwartek kwarcie Jeremy Sprinkle złapał trzecie TD Cousinsa w tym meczu. W tej samej akcji kontuzji doznał Alex Okafor.

Saints byli pod ścianą. Otrzymali 6 minut na wyrównanie. W dodatku musieli się zmierzyć z 1&20 z powodu kary dla Terrona Armesteada. Jednak im się udało zdobyć TD w trzy minuty, dzięki świetnej grze Breesa i przebudzeniu Coby’ego Fleenera. Josh Hill złapał podanie, dając pozostałym fanom Saints nadzieję. Wciąż jednak musieli zatrzymać Redskins, a mieli tylko dwie przerwy na żądanie. Udało im się to jednak, choć Redskins musieli zdobyć tylko jeden jard, by wygrać. Saints i Brees dostali dwie minuty na wyrównanie.

Potrzebowali 48 sekund. Choć już w pierwszym zagraniu Brees został przechwycony po raz drugi, tak rzucona flaga uratowała Świętych. Brees kolejnego błędu już nie popełnił. Ginn. Fleener. Thomas. Po trzech podaniach brakowało im już tylko 18 jardów. I wtedy Alvin Kamara dokonał cudu. Redskins świetnie pokrywki wszystkich, poza nim. Kamara urwał się LB gości i złapał piłkę. Ta jednak uciekła z jego rąk i Kamara był zmuszony do żonglerki. Udała mu się ona, a zdziwieni Redskins nie zatrzymali go w drodze do endzone. TD SAINTS! Ale musieli jeszcze zdobyć 2 punkty z podwyższenia. To nie był jednak problem – fenomenalny blok Josha Hilla pozwolił Kamarze wbiec po nie.

Superdome ożyło. Ale Redskins wciąż mieli minutę i timeouty. Dostali się do zasięgu swojego kopacza, lecz wtedy voodoo wróciło do gry. Pierw Kirk Cousins unikając presji i szans na przechwyt został ukarany flagą za intentional grounding. W następnej akcji Vonn Bell potężnie go uderzył, przez co upuścił on piłkę. Oznaczało to, iż czas się nie zatrzymał, dzięki czemu otrzymaliśmy dogrywkę.

Rzut monetą wygrali Redskins i raz jeszcze to od nich zależały losy meczu. Pierwsze podanie Cousinsa do Vernona Davisa było niecelne. W drugim zagraniu obudził się Cameron Jordan, w fenomenalnym stylu przebijając się przez OL Redskins i sackując Cousinsa. Po niecelnym kolejnym podaniu goście byli zmuszeni oddać piłkę Saints. Wydarzył się więc kolejny cud. Dwa biegi Marka Ingrama ustawiły łatwy field goal dla Wila Lutza, który został przez niego bez trudu wykorzystany. Saints wygrali. 34-31.

Nie była to dobra wygrana. Ale była to piękna wygrana. Za końcówkę cały zespół zasługuje na wyróżnienie. Brees był nieomylny w ostatnich trzech posiadaniach, niczym MVP. A za resztę? Ingram, Kamara i długo, długo nic. Niemniej to wiele mówi o tym zespole. Nawet tracąc dwóch kolejnych starterów i grając totalny piach, potrafią odmienić losy meczu na swoją korzyść. Tegoroczni Saints są wyjątkowi.