Spotkanie z Jets miało być przełamaniem Saints. Miało być wyładowaniem furii za porażkę w Atlancie, lecz na dobrą sprawę furia ta została zwiększona tym spotkaniem. Po męczarniach jednak Saints udało się wygrać. 31-19.
Zaczęło się dobrze – Ingram urwał się na 50 jardów po screen passie, lecz Saints nie byli w stanie tego w ogóle wykorzystać. Trzema punktami nie można jednak wzgardzić, zwłaszcza na start spotkania. Saints do tego szybko odzyskali piłkę i tym razem już skutecznie, gdyż zdobyli przyłożenie, a nawet dwa, lecz to Michaela Thomasa zostało jeszcze wrócone przez sędziów. Jets odpowiedzieli swoim, w którym wyraźnie zaznaczyli przewagę linii. Saints byli strasznie przetrzebieni we front seven i byli zmuszeni grać Hau’oli Kikahą jako SLB. Ofensywa jednak była wciąż rozpędzona i dorzuciła kolejnych siedem punktów w wykonaniu Drew Breesa i Alvina Kamary. I wtedy się zaczęło.
Zaczęło się cierpienie Saints. Ofensywa wyglądała żałośnie i aż do Q4 nie zdobyła jakichkolwiek punktów, w międzyczasie oddając piłkę aż trzykrotnie. Wszystko przestało działać – skrzydłowi nie potrafili zgubić krycia, Kamara był negowany przez setki zawodników Jets doskakujących do niego, a osłabiona OL (która utraciła w dodatku Larry’ego Warforda) dawała sobą pomiatać. Na koniec połowy Brees został przechwycony przez Leonarda Williamsa w swoim redzone, ale obronie Saints mogą zawdzięczać oddanie tylko trzech punktów. W trzeciej kwarcie Brandon Coleman dwukrotnie oddał piłkę Jets. Punty również ścieliły się gęsto. I mimo tego wszystkiego, Saints cały czas prowadzili. Cały czas. Podziurawiona obrona robiła co mogła i generowała punt za puntem, dorzucając do tego przechwyt. Dopiero w czwartej kwarcie udało im się przełamać, a Mike Thomas za trzecim razem dostał w końcu swoje przyłożenie. A ponieważ obrona grała świetnie, wystarczyło to do wygranej. Jets mieli jeszcze szansę po swoim przyłożeniu, ale Saints dobili ich TD Marka Ingrama. Spotkanie zaś zakończył swoim INT Marshon Lattimore.
Saints byli w tym meczu bardzo polarni. Mieli świetnie start i końcówkę, ale okres pomiędzy tym był ofensywnym koszmarem. Atak był jednowymiarowy i bezpłciowy. Brees nie wyglądał najlepiej i potrafił odnaleźć tylko Thomasa, który był stałym panaceum na problemy zespołu. Alvin Kamara starał się jak mógł, ale łatwo było zobaczyć, iż jest głównym celem Jets. Problemem było też to, iż zespół miał problem z wygenerowaniem miejsca dla niego i nawet jeśli Kamara urywał się na chwilę, to już kolejni go łapali. Niekwestionowanym MVP zespołu była jednak obrona. To ona znowu uratowała zespół. Nie ustrzegła się błędów, ale kiedy trzeba było, to stawała na wysokości zadania. Jest powodem do optymizmu, iż Saints dadzą sobie zawsze radę. Bo ona to robi kolejne spotkanie z rzędu.
Następni są Falcons i wielki rewanż 24 grudnia.


