Week 16: Playoffy, wracamy!

Witamy w play-offach! Długo się tam nie widzieliśmy. A nic lepszego nie ma, od zapewnienia sobie występu w nich poprzez pewne ogarnie zażartego rywala. W wigilijny wieczór Saints zrewanżowali się Falcons 23-13.

Saints świetnie zaczęli. Atlanta po zdobyciu 9 jardów już odkopywała piłkę, a hałas jaki generowali fani w Superdome sprawił, iż od razu złapali pierwszą flagę dnia. Po odzyskaniu piłki, bardzo szybko przedstawili Falcons Alvina Kamarę, który w Atlancie przetrwał tylko jedno posiadanie. Swoje też otrzymał Mark Ingram, ale wszystko zakończyło się na trzech punktach. Falcons zaczęli następny drive agresywnie, od podania do Julio Jonesa. Po tym jednak Devonta Freeman złapał karę za odzywki do Davida Onyematy, co doprowadziło do drugiego puntu gości. Następnie oba zespołu się wymieniły puntami, a Falcons cały czas strzelali sobie w stopę kolejnymi flagami, w pewnym momencie grając 1&40. Dopiero potem Saints poprowadzili posiadanie z aż 16 zagraniami, które niemalże zakończyło się fumble. Szczęście dopisało Świętym, którzy odzyskali piłkę i dorzucili kolejne trzy punkty. To, co wydarzyło się w kolejnym posiadaniu za to może okazać się zagraniem roku. Oczywiście w roli głównej wystąpił Marshon Lattimore, którzy przechwycił piłkę … swoimi pośladkami. Nie tylko zatrzymało to marsz Falcons, ale do tego doprowadziło do TD Saints, kiedy ten perfekcyjnie odnalazł Teda Ginna. Przerwa, 13-0 dla Saints.

Druga połowa zaczęła się od falstartu Saints, gdyż Deion Jones przechwycił piłkę i popędził z nią do redzone. Gdyby nie Drew Brees, Falcons mieliby przyłożenie, ale obrona stanęła na wysokości zadania, kiedy Tyeler Davison wybił piłkę z rąk Devonty Freemana tuż przed endzone Saints. Musieli oni szybko oddać piłkę, co z kolei doprowadziło do dobrej pozycji startowej gości, procentującej jednak tylko trzema punktami. Po kolejnych puntach i dobrym returnie Saints, Mark Ingram ruszył kulejącą ofensywę i zabrał piłkę na 26 jardów, a co najważniejsze, przyłożenie. To wystarczyło. Obrona Saints trzymała zwarty szyk, pozwalając tylko na field goal, na który zresztą ofensywa odpowiedziała swoim. Falcons jeszcze wydali ostatnie tchnienie przyłożeniem Tevina Colemana, ale nie było mowy aby w parę minut narobili 10 punktów z taką dyspozycją defensywy Saints. Bez zaskoczenia, nie dali rady.

Wielka w tym zasługa obrony, która zagrała fenomenalne zawody. Cameron Jordan dominował jak mógł, podobnie jak Sheldon Rankins, który zanotował drugiego sacka w sezonie, ale cichymi bohaterami byli m.in. Manti Te’o czy George Johnson. Głębia defensywy raz jeszcze zaimponowała, przezwyciężajac kontuzje. Problemem za to było ofensywa, znowu. Zbyt bardzo jest ona zależna od tego, czy big play im wyjdzie. Idealnie opisuje ich zwrot „boom or bust”. Mike Thomas grał w niewiele ponad połowie snapów i jego brak był bardzo widoczny w tych zagrywkach. Kiedy grał, Falcons mieli jednak problem. Saints muszą znaleźć więcej kreatywności, bo rywale coraz śmielej skupiają całą obronę na Kamarze, a Saints nie potrafią tego wykorzystać na swoją korzyść. Ogólnie nie był to idealny występ, ale bardzo solidny, zwłaszcza w wydaniu defensywy.

Sezon Saints zakończy się w sylwestrowy wieczór w Tampie, gdzie zadecydują się losy tytułu dywizji. Remis albo wygrana dają co Świętym.