Week 2: Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Kurz już opadł, a kolejna porażka za nami. Kilka dni spędzone na analizie tego co zagrało, a co nie, ujawniły jedno – jest źle. Trudno, aby było dobrze, kiedy Saints w pierwszej kwarcie oddają trzy przyłożenia i przegrywają mecz, zanim on na dobre się rozkręci. Dość powiedzieć, że w tym meczu Tom Brady rzucił po raz pierwszy w karierze trzy przyłożenia w trakcie jednej kwarty. W drugiej kwarcie Saints jeszcze się zerwali i zbliżyli na jedno przyłożenie, ale TD run Mike’a Gillislee na cztery minuty przed końcem połowy ostatecznie pogrzebał marzenia Saints.

Choć wynik, ani cyfry, tego nie wskazują, pierwsza kwarta nie była aż tak fatalna. Oczywiście, wynik był najgorszym z możliwych, ale wielokrotnie to geniusz indywidualny Brady’ego i Gronkowskiego był tym, co przechylało szalę na korzyść Patriots. Idealny przykład to drugie przyłożenie gości. Saints dobrze pokryli Pats w tej akcji, a presja przyszła z obu krawędzi. Gdzie jest haczyk? Nie było presji ze środka, dzięki czemu Brady mógł uniknąć presji z krawędzi, kupić sobie więcej czasu i ostatecznie podać do Roba Gronkowskiego. Gdyby interior rush zaistniał, Saints zanotowali by sacka, gdyż Gronk był świetnie pokryty przez Alexa Anzalone. Brady jednak wyrzucił piłkę, wyrzucił ją idealnie i Alex nie miał szans na nadrobienie. Gronk pobiegł dalej, przełamał próbę powalenia i oto mieliśmy przyłożenie dla Pats. Tutaj właśnie Saints przegrali. Przegrali przez małe rzeczy. Kiedy jedna strona boiska była dobrze kryta, tak druga była dziurawa jak ser szwajcarski. Tom Brady, choć był pod presją, raz za razem podawał celnie, niezależnie jak dobrze kryli zawodnicy Świętych. 36-20 to zaskakująco niski wymiar kary, za taki występ w Q1.

Pozytywów jednak było trochę więcej niż z Vikings. Playcalling był lepszy, choć wciąż nie idealny. Presja istniała, nie tylko ze strony Cama Jordana. Z dobrej strony pokazał się Hau’oli Kikaha, autor jednego z dwóch sacków. Znowu solidny był Alex Anzalone. Ale największą gwiazdą Saints i światełkiem w tunelu okazał się być Marshon Lattimore, któremu PFF wystawili najwyższą notę z całego zespołu. Krył dobrze, był solidny przeciwko grze dołem, lecz przede wszystkim zamknął Brandina Cooksa na zaledwie trzech celach, jednym chwycie i trzech jardach. Wydaje się, że nawet Saints nie będą w stanie zmarnować jego talentu. On potrzebuje jednak pewnego partnera. PJ Williams ma momenty, kiedy wygląda jak top 10-20 ligi, ale miewa także momenty, kiedy potrafi zawalić cały drive głupim zagraniem. Tak było i w tym meczu. Williams musi ustabilizować formę, a Saints potrzebują powrotu Delvina Breaux. Tak samo Saints potrzebują odzyskać obu tackli, gdyż linia była bardzo nierówna w pass protection.

W week 3 Saints jadą do Charlotte, gdzie podejmą ich Panthers. W tym sezonie mają oni elitarną defensywę, ale bardzo przeciętny atak, dzięki czemu ta obrona w końcu będzie mogła zaskoczyć. Deja vu z Vikings? Bardzo możliwe.