Week 6: „When the Saints are marching on” – 52-38 Lions

Pierwszy raz od 2013 bilans Saints jest dodatni. Tak jest, pierwszy raz od ostatniego sezonu w którym załapali się do playoffów, Saints są powyżej 0.500. A to wszystko osiągnęli po jednym z najbardziej szalonych spotkań tego sezonu, a nawet ba, ostatnich lat.

Zaczęło się idealnie dla Saints. Choć ofensywa w pierwszym posiadaniu nie zachwyciła, tak obrona zaczęła z wysokiego C, już na dzień dobry notując przyłożenie. Formacje specjalne zostawiły Lions niemalże w endzone, co obrona wykorzystała. Podczas trzeciej próby Dennis Allen całkowicie zaskoczył Stafforda, a presja dotarła do niego w postaci kilku osób. Ostatecznie piłkę z jego rąk wybił Alex Okafor, a natychmiastowo podniósł ją Kenny Vaccaro. Następne posiadanie Lions to jednak bardzo ładne przyłożenie Goldena Tate’a. Było ono jednak wyłączenie z winy Saints, gdyż nie potrafili oni zupełnie powalić skrzydłowego gości.

Podrażnieni Saints odpowiedzieli jeszcze szybciej niż Lions – 4 zagrania, 2 minuty i show duetu Mark Ingram/Ted Ginn. Od tego momentu Saints zaczęli absolutnie dominować. Do końca połowy Lions zdobyli zaledwie trzy punkty, a Saints punktowali w każdym posiadaniu. Gra biegowa wyglądała fenomenalnie, niezależnie od tego, kto by biegał. Powrót Armsteada oraz brak forsowania gry pod Petersona miały widoczny wpływ. To nic jednak przy defensywie, która zrobiła istne show, a jej postawa podczas ostatniego posiadania Lions w pierwszej połowa zasługuje na brawa. Ewentualne przyłożenie mogło znaczenie zwiększyć szanse Lions na powrót do gry, ale Saints się utrzymali. Lions mogli mieć przyłożenie w czwartej próbie, ale Marshon Lattimore zareagował rychło w czas, ratując zespół.

Druga połowa zaczęła się z kolei dziwnie. Saints od razu zmusili Lions do oddania piłki, ale w swoim posiadaniu po raz pierwszy w tym sezonie stracili piłkę. Nie obyło się jednak bez kontrowersji, gdyż piłka została wydarta z rąk Michaela Thomasa i nie do końca było pewne, czy Mike miał kontrolę nad nią. Lions nie potrafili jednak nic na tym zyskać, gdyż Mike Prater nie trafił field goala. Saints odpowiedzieli dwoma przyłożeniami – ofensywnym oraz pick six Marshona Lattimore’a. I coś stanęło.

Od tego momentu ofensywa nie potrafiła wskórać nic, aż do końca spotkania. Lions za to zdobyli dwa przyłożenia, wracając do gry, mimo utraty Tate’a i Quina. Dyskutowano także nad końcem meczu dla Stafforda. On jednak wrócił do gry, a rozpoczął to podaniem na TD dla Marvina Lewisa. Ken Crawley szczelnie pokrył Lewisa, ale on w cudowny sposób złapał piłkę, co niewątpliwie było najładniejszym chwytem dnia. Cztery minuty później, Craig Robertson popełnił błąd, dając się nabrać Staffordowi. Na dobrą sprawę był to jego jedyny błąd w tym spotkaniu. W ostatniej kwarcie Lions zwietrzyli krew i dorzucili kolejne punkty – pierw Jamal Agnew wrócił punt na przyłożenie, a potem A’Shawn Robinson przechwycił podanie Drew Breesa na krawędzi endzone. Lions po tym potrzebowali już tylko jednego przyłożenia, ale Agnew popełnił błąd, który niemalże skończył się punktami dla Saints. Doprowadził on jednak do ciężkiej sytuacji Lions, a gospodarzy uratował Cam Jordan, przechwytując Stafforda w endzone. Goście próbowali jeszcze walczyć, ale Kenny Vaccaro dobił ich kolejnym przechwytem.

Nie można zaprzeczyć, iż to defensywa wygrała to spotkanie. Zdobyła aż 21 punktów, a oddała tak naprawdę 24, co ostateczny wynik meczu co nie co zniekształca. Popełniła parę błędów, zwłaszcza przy przyłożeniach Tate’a oraz Fellsa, ale wtedy kiedy była najbardziej potrzebna, wychodziła obronną ręką. Krycie było fenomalne przez większą część spotkania, a Marshon Lattimore zanotował kolejny elitarny występ. Crawley nie był już tak dominujący, złapał także parę flag za DPI, ale w ostatecznym rozrachunku zanotował dobry występ. Obu nieco problemów sprawiał Tate, ale Marvina Jonesa ograniczyli do 6 chwytów na 14 piłek posłanych w jego stronę. Dobre krycie znacznie ułatwiło robotę pass rushowi. Stafford cały dzień żył pod presją, ale to dzięki kryciu Saints byli w stanie przekuć to w sacki oraz straty. Cam Jordan był jednoosobową armią, notując dwa sacki, w tym jeden nawet nie dotykając Stafforda oraz kluczowe przyłożenie. Co więcej, powalił nawet Ameera Abdullah z odległości kilku metrów. Ogólnie pass rush zanotował 5 sacków oraz 8 uderzeń Stafforda. Ale co ważne, podania Stafforda miały problem z przebiciem się przez linię. Linia Saints nie tylko generowała presję, ale i strącała podania. Jordan strącił trzy, rookie Trey Hendrickson dwa, po jednym dorzucili Alex Okafor oraz Tyeler Davison. Ogólnie Saints przełamali aż 16 podań, co jest nowym rekordem NFL! Należy także docenić blitzujących. Kenny Vaccaro był świetny przez całe spotkanie, ale to Vonn Bell zaimponował w pass rushu. Bell, choć mikrej postury, tworzył zamęt w szeregach Lions, notując sack i dwa qb hity, przy okazji pokazując solidną technikę, godną defensive enda. Najładniejszy blitz dnia jednak należał do Craiga Robertsona, którego zachowanie przy tym fumble było perfekcyjne. Wiedząc, że nie zdąży, wyskoczył do zablokowania próby podania. Stafford chciał go zmylić, lecz Craig jeszcze w locie zdołał się dostosować i wybić mu piłkę z ręki. Na koniec dwa wyróżnienia: Sheldon Rankins – ma on bardzo ciężki sezon, wciąż nie mając sacka. Statystycznie nie istnieje. Ale jego prezencja jest nie do zastąpienia. Robi w pass rushu za człowieka od czarnej roboty i to dzięki jego ściąganiu bloków Cam może tak szaleć. Brakuje mu ewidentnie Nicka Fairleya, dzięki któremu jemu się łatwiej grało, ale należy docenić jego widoczny wkład w zespół. Drugim zaś będzie Justin Hardee z formacji specjalnych. Zanotował on bardzo dobry występ i to on powalił Agnew w czwartej kwarcie, prowadząc do TD Jordana.

Gorzej z ofensywą, która w drugiej połowie całkowicie się zgubiła. Brees nie wyglądał najlepiej, a te TD nie powinny mieć miejsca. Mike Thomas miał zaledwie 11 jardów. Willie Snead nie wypadł najlepiej i widać, że potrzebuje czasu, by wrócić do formy. Zaś filozofia w drugiej połowie była po prostu idiotyczna, a playcalling głupi. Było to dziwne, gdyż w pierwszej połowie Payton się bawił z Lions jak chciał. Jego konwersja czwartej próby oraz flea flicker od razu po niej były ucztą dla oka. To jednak defensywa ciągnęła spotkanie, nie ofensywa. Ale solidnie wypadła linia ofensywna – nie oddała żadnego sacka, pozwoliła na tylko trzy QB hity oraz dawała względny spokój Drew. Było kilka biegów, gdzie mogła zagrać lepiej, ale to również dzięki niej gra biegowa tak dobrze się prezentowała. Terron Armstead wyglądał bardzo dobrze. No i gra biegowa. Ingram był bardzo solidny, ale to fumble należy czysto do niego. Niemniej całe spotkanie biegał tak, jak twoja pierwsza opcja powinna. Ogólnie aż 30 razy dotykał piłki, dając łącznie 150 jardów. Piątka z minusem. Takiego Ingrama się świetnie ogląda. Ale show, znowu, skradł rookie – Alvin Kamara. Nie miał wiele roboty w grze górą, ale był fenomenalny w grze dołem. Zakończył mecz z 10 biegami na 75 jardów. Ale cóż to były za biegi! W jednym przeskoczył nad cornerbackiem Lions – Dariusem Slayem. Bardziej imponujące były jednak te, kiedy nie mając w ogóle miejsca, potrafił przebiec 5-7 jardów z obrońcą na plecach albo sam wygenerować sobie to miejsce.

Tak jak Ingram powiedział, sky is the limit dla tego zespołu. Za tydzień czeka ich wyjazd na Lambeau, gdzie czekają na nich Packers, już bez Aarona Rodgersa.