Week 7: próba charakteru – 26-17 z Packers

Nawet bez Rodgersa, wyjazdy na Lambeau zawsze są ciężkie. Nie inaczej było tym razem, gdyż w Green Bay Saints zostali poddani ciężkiej próbie w pierwszej połowie spotkania, którą ostatecznie udało im się zdać. Dzięki temu Saints wygrali czwarte spotkanie z rzędu i samodzielnie znajdują się na czele dywizji.

Brak Aarona za centrem oznaczał dla Saints jedno – zmiana planu gry Packers. Przez pierwsze piętnaście minut gospodarze nie rzucili nawet celnego podania, ale prowadzili, gdyż inny Aaron – Jones, RB „Serowych” urwał się obronie Saints na 45-jardowy bieg po przyłożenie. Dawał on się we znaki Świętym, linia ofensywna Packers tworzyła mu dużo możliwości, zwłaszcza na początku. Saints bardzo szybko mogli objąć kontrolę nad tym spotkaniem, ale w samej pierwszej kwarcie Drew Brees rzucił dwa przechwyty, zupełnie nietypowe, gdyż wina w obu leżała w pełni na nim. W ten sposób pozbawił on Saints przynajmniej sześciu punktów, gdyż przy obu Saints nie byli daleko od endzone i nawet w nienajlepszych warunkach w Green Bay były to stosunkowo łatwe kopnięcia dla Wila Lutza. Były to dwa pierwsze posiadania Saints, co również warto dodać. Przez całkowitą katastrofą Saints jednak zostali uratowani przez obronę, która nie oddała żadnych punktów po tych stratach. Bardzo szybko ona eliminowała zagrożenie, dając ofensywnie krótką ilość pola do przejścia.

Saints odpowiedzieli dopiero w swoim trzecim posiadaniu, kiedy Mark Ingram wbiegł w endzone Packers. Niestety gospodarze w swoim następnym posiadaniu zdobyli kolejne punkty. Saints dwukrotnie zawalili sprawę flagami, a po tej drugiej Brett Hundley wbiegł w endzone Świętych. Do końca kwarty za wiele się nie działo, poza solidną grą obu defensyw. W swoim ostatnim posiadaniu Packers mieli szansę na punkty, ale źle rozegrali ten drive i Mason Crosby nie trafił field goala. Wynik był o wiele lepszy od gry Saints, zwłaszcza ofensywnej.

Druga połowa to zupełna odmiana ofensywy Świętych. Wszystko ruszyło – i gra dołem, i gra górą. Zespół musiał sobie radzić już bez Larry’ego Warforda, lecz to go nie spowolniło. W każdym posiadaniu Saints zdobywali punkty, a zaczęli od przełożenia. Remisu jednak nie było, gdyż podwyższone Wila Lutza zostało zablokowane. Świętych to jednak nie zraziło. Packers byli męczeni i w drugiej połowie zdobyli ledwie 80 jardów w 21 zagrań. Saints kontrolowali to spotkanie i po tym, jak Lutz dał im prowadzenie w czwartej kwarcie, już go nie oddali. Podczas trzeciego przełożenia wyczerpały przerwy na żądanie Packers, budując dziewięciopunktową przewagę na 5 minut przed końcem. Kropkę nad i zaś postawił Kenny Vaccaro, przechwytując podanie Hundleya w następnym posiadaniu Packers.

Nie była to ładna wygrana Świętych. Popełnili za dużo błędów w pierwszej połowie i gdyby to Rodgers grał przeciwko nim, to mogłoby się potoczyć o wiele gorzej. Pokazali jednak, iż potrafią się dostosować w nawet najgorszych dniach. Widoczne to było na przykładzie ofensywy oraz bronienia gry dołem. Aaron Jones sprawił wiele problemów, ale czym dalej w las, tym jego wpływ na spotkanie malał, gdyż obrona go wyłączyła z gry. Ogólnie defensywa zasługuje na wyróżnienie, gdyż krycie cały mecz było na bardzo dobrym poziomie i parę flag tego obrazu nie psuje, dzięki temu, iż potrafili je zniwelować. Hundley przez większą część spotkania był pod presją i tylko jego mobilność sprawiła, iż na koncie Saints widnieje jeden sack (po którym skądinąd upuścił piłkę). To właśnie obrona utrzymała Saints w grze, tak jak w drugiej połowie z Lions.

Swoich kilka zdań o meczu z perspektywy kibica Packers dla SaintsPL dorzucił także Krzysztof z NFLBlog.pl (Twitter)

W pierwszej połowie Packers zaskoczyli na plus. Skuteczna gra biegowa Aarona Jonesa i dwa przechwyty defensywy wyprowadziły GB na prowadzenie.

Jednak szybko okazało się, że Saints skutecznie dostosowali się w połowie. Obrona Packers nie przypadkiem pozwoliła Drew Breesowi na 300 jardów w każdym meczu, który grał przeciwko ekipie z Wisconsin.

W drugiej połowie Brees nie popełniał już błędów i okazało się, że defensywa Doma Capersa nie ma nic do powiedzenia. Pass rush nie istniał, nawet kiedy Capers wysyłał dodatkowych rusherów. Czy już czas powiedzieć głośno, że Clay Matthews nie daje za dużo jako pass rusher? Co gorsza secondary, która w pierwszej połowie kryła nawet nie najgorzej, w drugiej odsłonie koszmarnie gubiła reciverów, nawet tak „klasowych” jak Ted Ginn.

W ataku Brett Hundley dostał game plan, który polegał na jak najszybszym pozbywaniu się piłki z rąk, głównie przez wręczanie jej RB. Nie stanowił kompletnie żadnego zagrożenia, poza okazjonalnymi biegami. Każda jego długa piłka wyglądała jak ciśnięcie przed siebie z całej siły i modlenie się, żeby gdzieś w okolicy był jakiś reciver. Tylko kilku dobrym defensywnym zagraniom WR Packers Hundley zawdzięcza, że zaliczył tylko jeden INT.

Packers wyglądali mniej więcej tak, jak spodziewaliśmy się bez Rodgersa, czyli słabo. Saints zrobili swoje w drugiej połowie i to w zupełności wystarczyło.

Za tydzień Saints czeka spotkanie u siebie z Chicago Bears, którzy pokonali Carolina Panthers w niedzielę.