Week 7: Test Ravens? Zdany.

Wyjazd do Baltimore prezentował dla Saints ogromne wyzwanie na papierze i takim okazał się również być w rzeczywistości. Ale zarazem był to po prostu dobry mecz, w którym nie brakowało niczego.

Saints, którzy jako pierwsi otrzymali piłkę, zaczęli mecz bardzo metodycznie. Potraktowali defensywę Ravens z ogromnym respektem, a ich pierwsze posiadanie trwało aż 20 zagrań i było pełne Saints ryzykujących podczas czwartych prób, a także grajacycy fake punt. Lecz co po tym, skoro posiadanie to zakończyło się fumble Alvina Kamary? Szczęśliwie dla Saints, defensywa stanęła na wysokości zadania, zatrzymując Ravens w ich pierwszym posiadaniu. Ravens również odpowiedzieli w ten sam sposób, dzięki czemu po pierwszych 15 minutach gry na tablicach widniał wynik 0-0. Ravens przełamali go kopnięciem z gry, prowadząc swój, 17-zagraniowy drive.

Podziałał on motywująco na Saints, którzy jak tylko uruchomili Michaela Thomasa 32-jardowym podaniem, w końcu złapali rytm, w niewiele ponad trzy minuty zdobywając przyłożenie. Przyłożenie o tyle wyjątkowe, iż podanie Drew Breesa do Bena Watsona było przyłożeniem #500 w karierze Breesa. Ono z kolei podziałało trzeźwiąco na Ravens, którzy jeszcze przed końcem pierwszej połowy dorzucili swoje przyłożenie. 10-7 do przerwy dla Baltimore.

Druga połowa rozpoczęła się dosyć mozolnie, z obiema ofensywami zatrzymanymi w swoich pierszycy posiadaniach tej połowy. Ravens przełamali się pierwsi jednak, co zaowocowało 10 punktami przewagi dla nich i relatywnie ciężką sytuacją dla Nowego Orleanu. Saints po raz kolejny otrzeźwieli jednak po punktack Ravens – obudził się TreQuan Smith, notując dwa kluczowe chwyty na pierwsze próby. Cały drive wykończył Alvin Kamara, na dobre budząc Nowy Orlean. Następne posiadanie Baltimore zostało wręcz stłamszone przez Saints, wykończonym przez sack Alexa Okafora. Saints przejęli inicjatywę w całości, prowadząc w spokoju kolejny drive, wykończony TD Mike’a Thomasa. Ravens zaczął palić się grunt pod nogami i ich kolejne posiadanie zakończyło się nieudanym podaniem podczas czwartej próby. Saints mogli wykończyć to spotkanie w tym momencie, lecz Ravens udało im się ich zatrzymać na field goalu, zostając w grze. Wszystko zależało od obrony Saints, która, cóż, zawaliła. Po raz kolejny widzieliśmy Saints grających miękką strefą, która raz po raz była rozrywana przez Ravens i tak również było w ostatnim zagraniu ich ofensywy – John Brown miał ogrom miejsca koło siebie i żadnego obrońcy w promieniu paru metrów. 24-23 Saints oraz nadchodzące podwyższenie – kicker gospodarzy – Justin Tucker, do tej pory trafił wszystkie w swojej karierze i nie zanosiło się na przerwanie tej serii. A jednak, nie była to pierwsza seria przerwana tego dnia – Tucker chybił. Saints wygrali, jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Czy to była piękna wygrana? Nie. Ale przede wszystkim, to była piękna wygrana. Saints zdali próbę charakteru przeciwko bardzo dobrej defensywie, w odpowiednim momencie przełamując swoją niemoc. Ogromne pochwały należą się także Seanowi Paytonowi, którego plan gry koniec końców zadziałał. Podmęczona defensywa Ravens pod koniec meczu miała coraz większe problemy z zatrzymaniem Alvina Kamary. Nie bał on się również zaufać niedoświadczonym Taysomowi Hillowi oraz Danowi Arnoldowi w kluczowych momentach meczu – a oni również nie zawiedli. Co nie zadziałało? Między innymi playcalling Dennisa Allena, który przez większość meczu torpedował starania Saints i ułatwiał robotę Ravens. Po raz kolejny okazał się on być zbyt pasywnym. I to musi ulec zmianie.

Za tydzień Saints zmierzą się z Minnesota Vikings.