Week 8: Jak trwoga, to do obrony.

Pięć wygranych z rzędu – to brzmi doprawdy pięknie. Saints raz jeszcze pokazali charakter, po bardzo ciężkim spotkaniu wygrywając z Chicago Bears oraz kończąc miesiąc z perfekcyjnym bilansem. Wynik: 20-12 dla Saints.

Saints mieli mocny początek. Świetny chwyt i bieg Brandona Colemana ustawił Saints w granicy zasięgu Wila Lutza i zanosiło się na trzy punkty dla zespołu, ale offside Kyle’a Fullera ocalił drive gospodarzy. Chętnie skorzystali oni z prezentu, a Alvin Kamara wbiegł w endzone Bears. Następnie byliśmy świadkami twardej gry w wykonaniu obu defensyw. Bears co prawda udało się zaskoczyć Świętych grą górą, ale nie byli w stanie zdobyć przyłożenia, głównie dzięki dobrej grze defensywy w red zone.

Druga połowa to jeszcze twardsza gra, ale dało się w niej wyróżnić kilka udanych akcji. Jedna z nich była bardzo bolesna, gdyż po idealnym puncie Thomasa Morsteada Jordan Howard urwał się na swój najdłuższy bieg dnia. Oba zespoły ostatecznie wymieniły się kopnięciami, ale Bears zdobyli przyłożenie, które im potem zabrano. Będzie o tym głośno przez cały sezon, gdyż ta decyzja była nieprawidłowa, a TE Bears – Zach Miller doznał bardzo koszmarnie kontuzji – przemieszczenia kolana, wraz z zerwaniem trzech więzadeł. Decyzja ta bardzo zmieniła późniejszy krajobraz spotkania.

Zaczęło się dziać dopiero w czwartej kwarcie. Pierw Mark Ingram upuścił piłkę, a Bears skrzętnie to wykorzystali, zdobywając przyłożenie. Saints udało się jednak wybronić podwyższenie za dwa punkty, zmuszając Bears do zdobycia kolejnego przyłożenia. Można było tego uniknąć, ale AJ Klein upuścił swój przechwyt. Niestety, w kolejnym posiadaniu, Ingramowi wyrwano piłkę z rąk, tuż po pięknym podaniu Drew Breesa do Teda Ginna (który skądinąd niezgodnie z przepisami odepchnął kryjącego go Eddiego Jacksona). Mogło być jeszcze gorzej, ale Drew Brees uratował Saints zatrzymując Adriana Amosa. Wyzwanie podjęła jednak obrona, pierw niedopuszczając do pierwszej próby, a po tym, jak ofensywa zdobyła trzy punkty, Marshon Lattimore dobił gości.

Czy to był idealny mecz Saints? Nie. Mark Ingram bardzo się kajał za dwie straty, ale to on w pojedynkę poprowadził Saints do drugiego przyłożenia. Gra biegowa Saints była dobra, nawet mimo potęgi front seven Bears. Brees również był bardzo solidny, ale zdecydowanie czuł presję rushu gości. Mimo wszystko, ofensywa rozegrała solidne zawody, ale bez polotu. Na wyróżnienie zasłużył Mike Thomas, którego absolutnie nie potrafili zatrzymać Bears.

Co do defensywy, raz jeszcze klasę pokazał duet Crawley/Lattimore. Marshon w tym momencie jest najlepszym cornerbackiem ligi, a rzucenie piłki w jego stronę jest statystycznie mniej efektywne od rzucenia piłki w ziemię. Największe wyróżnienie jednak wędruje do gry DT Saints. Nie licząc 50-jardowego biegu Howarda, bardzo skutecznie ograniczyli grę biegową Bears i ich gwiazdy. Jeśli biegł środkiem, nie zdobywał wiele. Jeśli biegł do linii końcowych, DT tak dominowali OL Bears, że LB oraz Kenny Vaccaro mieli relatywnie łatwą pracę. O ile David Onyemata oraz Tyeler Davison zaznaczyli swoją obecność w statystykach, tak najlepszy z nich – Sheldon Rankins raz jeszcze zanotował cichą dominację. Fenomenalny był również wspomniany Vaccaro w drugiej linii. Jeśli zaś chodzi o krytykę, to należy zganić krycie przez safeties. Główne błędy w bronieniu podań Bears popełnili właśnie safeties, wszyscy trzeciej za wyjątkiem Vonna Bella. Ogólnie to jednak defensywa raz jeszcze wygrała mecz zespołu.

Słowo także o sędziowaniu w tym meczu. Było tragiczne. Bears byli kilkukrotnie karani za nic, a odebranie im przyłożenia było najgorszym przewinieniem. Saints również się dostało, ale najgorszym występkiem była flaga dla nie tego zawodnika. Nie da się jednak zaprzeczyć, iż wydatnie pomogli Saints.

Za tydzień Saints podejmą u siebie mających duże problemy Buccaneers.