Złote myśli: rozliczając sezon 2017

13 marca, ostatni dzień sezonu 2017. Sezonu, który pomimo rozczarowującego zakończenia, zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii zespołu. Sezonu, będącego jedną wielką huśtawką nastrojów, od marca do marca.

Rok temu w trakcie ostatniego dnia sezonu w Nowym Orleanie tak kolorowo nie było. Wciąż w mieście paliły się zgliszcza, pozornie, przegranej wymiany Brandina Cooksa. Z całego kraju napływały tylko głosy o tym, jaki nowy zespół przejmie Sean Payton i co powinien zrobić Drew Brees. Saints się kończyli, to był consensus w świecie NFL. Po trzech z rzędu latach zakończonych bilansem 7-9, Święci coraz to bardziej stawali się pośmiewiskiem. Niczego nie odmieniło postępowanie Saints w wolnej agenturze. Ted Ginn, Manti Te’o, czy AJ Klein to były solidne wzmocnienia, ale nic, co odmieniłoby postrzeganie zespołu. Nawet największy transfer tego lata – Larry Warford, był naznaczony przegraną walką o Kevina Zeitlera. Z Browns. 7-9 czekało. Pomińmy temat Adriana Petersona, który był jedyną rzeczą motywującą NFL do rozmów o Świętych.

Przyszedł kwiecień, a Saints konsekwentnie byli wyśmiewani i nominowani do ostatniej pozycji w dywizji. To Tampa miała być piękna. Po drafcie nic się nie zmieniło – Marshon Lattimore miał się połamać, podobnie Ryan Ramczyk. Marcus Williams był tylko kolejnym safety. A Alvin Kamara miał przepaść w ciemności za Ingramem i Petersonem. Nawet w Nowym Orleanie brzmiały tak pesymistyczne głosy, kontrastujące z euforią wobec preseason. Głosy, nasilone tylko przez kolejne kontuzje trawiące zespół w sezonie ogórkowym. Max Unger, Terron Armstead, Nick Fairley, Delvin Breaux – wszyscy wypadli z gry nim sezon na dobre zdążył się rozpocząć. Offseason w Nowym Orleanie więc przyniosło nic, ponad jedną wielką emocjonalną sinusoidę, rozdzierając całe środowisko Świętych. W niczym nie pomogło preseason, budujące olbrzymi entuzjazm wobec gry defensywy Dennisa Allena, lecz to wciąż było tylko preseason.

Niemniej, pomimo tego wszystkiego, września wyczekiwali wszyscy. Tyle oczekiwań było wysuwane wobec meczu w Minnesocie. Kolejka górska o motywie 2017 ruszyła. Tyle oczekiwań, stonowanych w niewiele ponad godzinę. Aż do dzisiaj z tego spotkania rezonuje tylko jeden widok – Sam Bradford raz za razem ośmieszający krycie Saints wraz ze swoim regimentem skrzydłowych. Tak niewiele trzeba było, aby wyparowały marzenia kibiców Świętych o dobrej obronie w sezonie 2017. Koniec końców, za tydzień na Saints czekali New England Patriots. Ten statek już odpłynął, po zaledwie dwóch tygodniach.

Po czym on wrócił. Saints zaczęli grać w obronie. Zatrzymali ofensywę drugiego zespołu, w ogóle nie oddając im punktu. Ale co najważniejsze, zaczęli wygrywać. Zaczęło się od Panthers. Potem Dolphins. Następnie Lions. Packers. Bears. Buccaneers. Bills. Redskins. Saints zaczęli dopisywać kolejne zespoły do listy pokonanych szybciej niźli Light nazwiska do notatnika śmierci. Odwołując się jednak do jakże sztampowego motywu, iż nie liczy się cel podróży, a sama podróż, należy nadmienić, iż najważniejsze nie działo się właśnie na murawie, a poza nią. Oczywiście, w NFL cel jest tylko jeden – wygrana w Super Bowl. Niemniej to, co się działo w szatni, czy na treningach, pozwalało Saints na czynienie kroków nie mniejszych niż przy każdym zwycięstwie.

To, co cementowało przeciętność i nicość Saints z trzech poprzednich lat, to brak rezonującej szatni. Oczywiście, w zespole były potężne charaktery Drew Breesa, Zacha Striefa, Maxa Ungera, Cama Jordana czy Marka Ingrama, ale nie potrafiło się to przełożyć na chemię drużynową. Byl to okres przejściowy, po wielkich czystkach w szatni, spowodowanych aferą Juniora Galette. Saints postanowili poświęcić talent, mozolnie budując swoją nową tożsamość. Jednak dopiero przyjście Jeffa Irelanda ruszyło ten proces na dobre, łącząc weteranów z intregrującą się młodzieżą. W szatni nie było miejsca na „ja”, co odstrzeliło Brandina Cooksa.

I Saints 2017 w końcu udało się to wcielić w życie. Każda kolejna wygrana miała ogromne znaczenie dla tego, jak pod względem mentalnym rozwijali się Święci. Każdy udany bieg. Każdy udany chwyt. Każde udane zagranie w obronie. Nie było indywidualnych celebracji. Do tego narodził się „Boonk Gang”. Są to rzeczy wielce banalne, ale jakże oczywiste i potrzebne, by odnieść sukces w tej lidze. Więzi, które narodziły się w trakcie tego sezonu przydają tylko większej wiary w przyszłość Saints. Wystarczyło tylko wejść na twittera i zobaczyć interakcje pomiędzy zawodnikami. Niezależnie, czy byłeś wchodzącą gwiazdą ligi, czy tylko członkiem formacji specjalnych, byłeś Świętym. I to było najważniejsze. Jedność we wspólnym celu. Bo Saints 2017 znowu stali się jednością z Nowym Orleanem. Tak jak mistrzowski zespół z sezonu 2009.

Wszak czyje serce się nie radowało, jak Alvin Kamara chodząc i skacząc po linii bocznej był przedłużeniem 76 468 gardeł otaczających go z każdej strony murawy w Superdome? Czyje serce się nie radowało, jak Mark Ingram ucieleśniał południową gościnność, przyjmując Alvina pod swoje skrzydła, jak młodszego brata? Nie było dla niego „ja”. Każda celebracja, każdy wywiad – tylko w duecie.

To wszystko zaś przychodziło z równie efektowną grą na boisku. Dla Saints nie było coś takiego, jak próżna walka. Niszczeni przez kontuzje i skreślani przez niedowiarków co raz bardziej umacniali się w przekonaniu o skuteczności swojej nowej tożsamości. Apogeum osiągając w meczu przeciwko Redskins, wygrywając mecz w teorii już przegrany. Dzięki temu, zostawili w naszej głowie wiele, i to naprawdę wiele, momentów, które zostaną zapamiętane: posłanie na ławkę Cama Newtona, zero punktów Dolphins, defensywne show z Lions, przebiegnięcie się po Bills, hart ducha z Bears, zablokowany punt z Bucs, comeback z Redskins, zacięta walka z Rams, ponowne stłamszenie Panthers, czy w końcu popisy Michaela Thomasa, Alvina Kamary czy Marka Ingrama. W Saints 2017 każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet i thriller w Wild Card Game.

Tak, to była piękna podróż. Podróż, zakończona złamanym sercem. Ale ile można o Minneapolis Miracle? Jak się okazało, mniej niż myślimy. Zachodząc jednak o kolejny truizm, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, nieprawdaż? Saints w sezonie 2017 nie było najwyraźniej dane sięgnąć po pierścień. Ale było im dane zyskać nową tożsamość. Narodzić się na nowo. A tego Święci potrzebowali.

I oto jesteśmy wspomnianego 13 marca. Po to, by raz jeden wspomnieć ostatni rok i rozbudzić swoje oczekiwania na nadchodzący. Jutro, 14 marca, rozpocznie się nowy sezon. Wraz z nim przyjdą nowe oczekiwania. Te zaś rozbiorą nas z tej romantycznej nuty, jaka grała w rytm kończącego się sezonu. Wymienią się nazwiska, z których część z pewnością będzie dziwnym zobaczyć w nowych barwach. Za pół roku liga znowu stanie w blokach startowych, oddając się szalonemu wyścigowi po pierścień. Pora się więc na niego przygotować. A pierwszy krok został wykonany.

Drodzy Vikings, dziękujemy. Przekujemy ten koszmar w motywację.

Święci wyruszyli na marsz.