Game #20: Dobry start, słaba reszta spotkania

Koniec serii wygranych Pels. Stawili oni opór Golden State Warriors, lecz nie mieli większych szans, kiedy ofensywa Warriors się odpaliła, nawet nie potrzebując Kevina Duranta. Ostatecznie gospodarze wygrali to spotkanie 95 – 110. 

Spotkanie to jednak świetnie się zaczęło dla Pels. Jrue Holiday oraz E’Twaun Moore od początku spotkania prezentowali się świetnie, trafiając rzut za rzutem. Defensywa również rozpoczęła z przytupem, w ostatnich sześciu minutach oddając zaledwie siedem punktów. Sam Stephen Curry spudłował swoich dziesięć pierwszych rzutów. Wszystko to dało Pels czternaście punktów prowadzenia po Q1.

W drugiej kwarcie Warriors się jednak obudzili. Czym dłużej w niej, tym lepiej grali gospodarze, a gorzej goście. Warriors sukcesywnie doganiali, pod koniec kwarty obejmując nawet prowadzenie. Kończąc połowę momentum zdecydowanie było po stronie Warriors i nie opuściło ich ono w Q3. Pelicans walczyli w tej odsłonie, ale brakowało im impulsu który pozwoliłby im urwać się na run. Zamiast tego Warriors kontrolowali mecz, ale potrafili postawić kropki nad i. Zrobili to w decydującej odsłonie, szybko budując dwucyfrową przewagę. Koniec końców, Warriors górą, mimo bardzo słabego początku.

Po stronie Pelicans kolejny mecz z 30/15 zaliczył Anthony Davis. 24 „oczka” dorzucił Jrue Holiday, dodając do tego jeszcze po 6 asyst i zbiórek. E’Twaun Moore miał 16 punktów po czterech trafionych trójkach.

Zawiedli na całej linii Rajon Rondo (0 pkt, 6 ast) i DeMarcus Cousins (15 pkt, 7 zb).

Dla Warriors 27 punktów zdobył Steph Curry, a 24 Klay Thompson. I to właśnie Splash Brothers poprowadzili swój zespół do zwycięstwa w drugiej połowie.

  • Karol Krol

    Niestety…kleska z Minnesota

  • Rydzu

    „Zawiedli na całej linii Rajon Rondo (0 pkt, 6 ast) i DeMarcus Cousins (15 pkt, 7 zb)”. Pełna zgoda – dodatkowo zabrakło zimnej krwi. Golden jak taran szli (jak zawsze zresztą), ale trzeba też przyznać, że ogólnie równie bardzo dobrze bronili. Dużo punktów Pels było z trudnych wymuszonych rzutów (m. in. trójki Moore’a za które szacun) i na początku dopisywało szczęście, bo Curry i Thompson pudłowali jak nie oni.

    Natomiast jak dla mnie jedna rzecz jest totalnym, ale to totalnym nieporozumieniem. Panie Alvin jak można w 2 kwarcie przy fajnym prowadzeniu grać piątką Nelson-Cuningham-ALLEN-Cousins-Miller ??? Cousins od początku sobie nie radził, Nelson grał przeciwko Livingstonowi, a reszta nie umie przejąć gry w ataku (Miller trójkę umie rzucić, ale nie oszukujmy się – w każdej akcji nie będzie jej odpalał i z ręką obrońcy musi pudłować. Dodatkowo niestety Miller nie ma kozła, nie ma minięcia, posta i obrona średnio – oczywiście wielki szacun dla niego za tróję, ale no reszta gorzej). W takim meczu top scorerzy muszą grać więcej minut jeśli nie ma się na Golden wystarczająco silnej ławki (a mało kto ma w lidze). Cousins oczywiście zawiódł przy tej piątce i kto rzucał puntky i próbował ciągnąć atak? ALLEN – no jaja.