Jesteśmy już po debiucie Cousinsa w nowych barwach i boy, oh boy, co to był za mecz. Były wzloty, upadki, przebłyski geniuszu, widoczny potencjał, a między wierszami niezrozumienie, tony strat, spudłowane trójki i „i have no fucking clue”- syndrome Gentriego.
Pelicans na pierwszy ogień dostali Houston Rockets, którzy mają najlepszą ofensywę w lidzę. Po stracie trzech guardów – rotacja na obwodzie wyglądała biedniej, niż nowootwarty biznes przy stawkach podatkowych p. Morawieckiego. I to było najbardziej odczuwalne, bardziej niż brak zgrania z Cousinsem, zero komunikacji, prowokacje ze strony Rockets, bezradność Alvina i trójki Sweet Lou.CZYTAJ WIĘCEJ






