New Orleans Pelicans po wysokiej wygranej nad Minnesotą Timberwolves ruszyli na pojedynek do mocnego Portland. Po trzech kwartach wszystko wskazywało na kolejne zwycięstwo Pels, jednak czwarta odsłona spotkania brutalne zniszczyła nadzieje a w niej dostaliśmy 13-34. Prawda jest taka, że Anthony Davis sam meczu nie wygra. All-Star Pelicans rozegrał ponownie wielki mecz (31 punktów, 11 zbiórek, 3 bloki i 3 asysty), a reszta zespołu daleko za nim.
Warto odnotować, iż w tym spotkaniu zabrakło w składzie Omera Asika a w jego miejsce do pierwszej piątki wskoczył Alexis Ajinca (6 pkt, 7 zbiórek) oraz Jimmera Fredette. Jrue Holiday zatrzymał swoje statystyki na poziomie 14 punktów, 7 zbiórek i 2 asyst, Eric Gordon dorzucił 11 „oczek” a Tyreke Evans 13 punktów i 8 asyst.


Monty Williams i sztab szkoleniowy New Orleans Pelicans od pierwszego dnia powtarzał, że nie ma w sezonie regularnym meczy ważnych i ważniejszych. Wszystkie trzeba traktować w ten sam sposób i do wszystkich trzeba podchodzić z podobną mentalnością i po prostu je wygrywać. Nie ma chyba wątpliwości, że jeżeli przyjeżdżasz na arenę rywali, którzy jeszcze kilka miesięcy temu odbierali w tym miejscu puchar NBA to Twoje nastawienie wyglądać będzie inaczej.
Spotkania pomiędzy New Orleans Pelicans a Charlotte Hornets zawszę będzie miała swój „smaczek”, przypominający rozgrywanie meczu derbowego. Chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego. Nie wtajemniczając się przejdźmy do spotkania bowiem Pelicans zagrali zdecydowanie lepszy mecz niż w Memphis i odnieśli drugie zwycięstwo w sezonie 100:91. Liderem zespołu po raz kolejny był Anthony Davis notując 24 punkty i 13 zbiórek.
Nie mam pojęcia w jaki sposób opisać dzisiejsze spotkanie. Spotkanie? Szczerze mówiąc to nawet nie mam specjalnie ochoty opisywać coś TAKIEGO. Nigdy wcześniej nie widziałem chyba tak brzydkiego meczu, nad którym czuwali tak fatalni sędziowie. Mnóstwo fauli, złe gwizdki, same niecelne rzuty, fatalnie wyglądające ofensywy i nieco lepsze defensywy. Omijajcie ten mecz, omijajcie Memphis…
Do miasta Nowy Orlean przyjechała drużyna, która w swoich szeregach ma wszystko aby można było stawiać ich w roli kandydatów do mistrzostwa NBA. Od lat fantastyczny Dirk Nowitzki, wzmocnieni Tysonem Chandlerem czy Chandlerem Parsonsem, z jedną z najmocniejszych ławek i czołowym trenerem w lidze można było śmiało stawiać nas w meczu z Dallas Mavericks w roli underdoga. Tak też było od pierwszych minut.